POGROMCY MEATÓW: sztos i kontrola jakości

Zjeść dobrze i napić się dobrze – oto dwie z trzech rzeczy, których wymaga męstwo Onufrego Zagłoby. Mam wrażenie, że to mój przodek.

Od początku sierpnia zaordynowałem sobie (na razie spokojnie) dietę i siłownię, co już przyniosło pewne rezultaty. Bebech zmalał, ja nie żrę po nocach i ogólnie mam mniejsze problemy ze sferą gastryczną. Niemniej jednak bywają takie chwile, w których się łamię – i wcale mi z tego powodu nie jest żal.

Jedną z takowych był ostatni sierpniowy weekend, który intensywnie spędziłem z Dziewczęciem we Wrocławiu. W jego ramach postanowiłem – po raz kolejny – odwiedzić Pogromców Meatów. Przybytek otwarty kilka miesięcy temu położony jest przy głównej płycie Rynku, niedaleko wejścia do Piwnicy Świdnickiej. Konkurencja z najwyższej półki, ale też skierowana do zupełnie innej klienteli, więc trudno mówić tu o rywalizacji.

Pogromcy swoją ofertę kierują do osób, które lubią mięcho, szczególnie w ciepłych kanapkach. Autorskie kompozycje naładowane są choćby żeberkiem, polikiem, ozorkiem czy mięsem z kaczki. Temat przyjął się w Warszawie, więc właściciele postanowili podbić serca wrocławian, łącząc dobrą paszę z kraftowym piwem.

W temacie jedzenia mogę powiedzieć, że z dotychczas próbowanych kanapek zarówno ja, jak i Piękniejsza Strona naszej dwójki jako ulubioną wskazujemy kaczkę, wzbogaconą o kapustę czerwoną, kiełki rzodkiewki i sos z marakui. A to wszystko podane w bułce maślanej. Całość przyjemnie łączy delikatne mięso ze słodyczą i kwaskowością.

A co z piwami? Na 12 kranach znajdziemy szeroki przegląd piw z polskich browarów, niemiecką pszenicę, czeskiego Pilsa i co jakiś czas – sztosa. We wspomniany weekend do Pogromców przywiał nas jeden z nich…

RODENBACH ALEXANDER

Przedstawiać tego koleżki chyba nie muszę. To jeden z najlepszych Flandersów na świecie, w moim odczuciu najsłodszy w ofercie belgijskich mistrzów. Być może słodycz ową podbijają wiśnie, które macerowane są w młodym piwie. Później całość miesza się z dwuletnią podstawą, by uzyskać kompozycję maksymalnie zbliżoną do wina.

I taka jest w rzeczywistości. W aromacie królują jeszcze maliny, porzeczki i śliwki, elegancko splecione z niespodziewanie przyjemnym octem (minimalnym!) oraz odrobiną melasy. W ustach dowodzenie przejmuje wiśnia, odrobinę wspierana przez akcenty, które mnie kojarzą się z ciemnymi winogronami. Wyczuwam także posmak malinowej pestki, co nie do końca mi pasuje, ale nie na tyle, bym miał kręcić nosem na pana Alexandra. Naprawdę świetne piwo – cieszę się, że w końcu go dopadłem lanego z kranu. [9]

KONTROLA POLSKICH PIW

Po daniu głównym niespodziewanie zostaliśmy uraczeni deską piw, jako już rozpoznawalne w owym miejscu mordeczki. Ekipa wie, jak połechtać ego człowieka, który pisze o piwie. 😉

Na pierwszy ogień poszedł Młynarz Profesji (American Wheat, 4,3% alko, 12,5 Plato, 47 IBU). To – moim zdaniem – jedno z najbardziej stabilnych piw wrocławskiej ekipy, która miewa problemy z równą formą. Trunek jednak nie pozostawia wątpliwości: jest bardzo aromatyczny na modłę cytrynową, a przy tym przyjemnie lekki, pijalny, gładki. Jak na mój gust goryczka mogłaby być odrobinę niższa, wtedy piłoby się go jeszcze lżej. Oprócz tego – nie mam większych uwag. [7,5]

Jan Gryst (Sour Ale, 4.7% alko, 11,3 Plato) to drugi owoc współpracy Nepomucena i SzałPiw. Moim zdaniem bardziej udany. Lekko kwaskowe piwo zamierzony efekt zawdzięcza nie tylko bakteriom, ale także sięgnięciu po agrest i wiśnie. Jedyny niepotrzebny składnik to w moim odczuciu słód karmelowy. Kumam, że miał być kontrą dla kwaśności, ale jak dla mnie nieco przymula. [6,5]

Pora na piwa ciemne. Czarna Robota (Oatmeal Stout, 5,5% alko, 15 Plato, 42 IBU) od Browaru Zakładowego  odrobinę obniżyła loty. O ile pierwszą warkę uznaję za wzór stylu (serio!), pięknie zbalansowaną i bogatą w smaki, tak obecna jest zbyt palona, wręcz popiołowa. Trunek niby wciąż jest przepisowo gładki, umiarkowanie goryczkowy, porządnie czekolady, z wypośrodkowaną wytrawnością, tym niemniej każdy łyk to lizanie popielniczki. Jako człowiek, który rozstał się z paleniem – nie lubię tego. 😉 [5.5]

Formę odzyskał za to Imperator Bałtycki (Porter Bałtycki, 9,1% alko, 24,7 Plato, 109 IBU) z Pinty. Po dwóch warkach ewidentnie zbyt alkoholowych, z przegiętą goryczą, klasyk polskich mocarzy sprawia wrażenie bardziej ułożonego i zbalansowanego. A jakże, charakteryzuje się mocnym ziołowym akcentem na finiszu, cieszy smaganiem amerykańskim chmielem po nosie, ale przede wszystkim jest przyjemnym Porterem, ze sporą dozą czekolady i słonych paluszków. Z racji szerokiej dostępności nie ma w jego degustacji już takiego „romantyzmu”, jak przed laty, ale zwilżyć usta w płynie w takiej formie to zawsze przyjemność. [8]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *