Krakowski Festiwal Piwa: piwo (jeszcze) w cieniu

KFP Title

Zdjęcia: Ada Pietrzkiewicz

Kraków wreszcie doczekał się imprezy piwnej z prawdziwego zdarzenia, ale do ideału jej jeszcze daleko.

Po raz pierwszy o idei Krakowskiego Festiwalu Piwa dowiedziałem się w styczniu – oczywiście rączki same zaczęły się trzeć z radości, a ślina skapywać z brody na myśl o tych wszystkich cudeńkach, które dane mi będzie spróbować. Organizatorzy od samego początku chwalili się, że będzie to jedna z największych tego typu imprez w Europie, czym jeszcze bardziej rozpalili moje zmysły. Żeby jeszcze bardziej mnie podjarać, zadzwonili do mnie z propozycją, bym razem z moją kapelą zagrał podczas festiwalu. W sumie nieźle by się złożyło – piwny bloger śpiewający na scenie browarniczego święta. Rzeczywistość nieco zweryfikowała te wszystkie nadzieje.

Żeby zbyt długo się nie żalić – po pierwszym telefonie i wyrażeniu chęci „zatrudnienia” Dust Bowl (na co oczywiście chętnie przystałem), organizatorzy przestali się odzywać. To niby nic wielkiego, ale skoro sami nawiązali kontakt, to przynajmniej wypadało dać znać: „Wie pan co, jednak nie jesteśmy zainteresowani występem pana formacji”, a nie romantycznie milczeć.

Jednak zostawmy już względy artystyczne i skupmy się na samej imprezie. Na jej teren wybrałem się wraz z Kobietą w sobotę przed południem. Festiwal odbywał się… w Zabierzowie, na terenie tamtejszych błoni (rozumiem zabieg – „krakowski” brzmi bardziej zachęcająco, niż „zabierzowski”), ale na szczęście jest to miejsce dość dobrze skomunikowane z centrum miasta: pociąg regionalny, busy, MPK – z dotarciem nie było problemu. Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego na KFP wybrałem się z samego rana odpowiem, że przyczyną był darmowy wjazd – od 12:00 należało uiścić opłatę w wysokości 5 zł. Niby to niedużo, ale fakt faktem, że większość konkurencyjnych imprez nie jest biletowana…

KFP5

Świetnie wyposażony sklep festiwalowy

Okoliczności przyrody – rozległa łąka otoczona drzewami, w tle pasły się kozy – zdecydowanie lepiej służyły chilloutowi przy piwie, niż chociażby wrocławski beton. Tylko właśnie: gdzie do cholery jest piwo?! Okazało się, że stoiska z browarami, których uświadczyliśmy (by nie skłamać) piętnaście, stanowią jakąś… jedną czwartą terenu imprezy. Pozostałą wypełniły kramy z rękodziełem, stoiska z jedzeniem typowo festiwalowym, scena muzyczna, trasa biegu „po smocze jajo” (smokiem podobno okazał się być  struś) – niby wszystko to potrzebne (jedzonko), pomysłowe (bicie rekordu świata w smażeniu najdłuższego szaszłyka świata) i ładne (ręcznie wykonane kufle czy kubki), ale nie powinno przyćmiewać gwoździa programu.

Tymczasem feerię piw uświadczyliśmy właściwie tylko w sklepie festiwalowym (skądinąd kapitalnie wyposażonym – można było kupić nawet szkło do Kwaka!), natomiast na stoiskach było dość ubogo. Absolutnych premier polskich marek naliczyłem chyba trzy: Weizen i Witbier od Doctora Brew oraz Cream Ale od Ninkasi. Wujka Sama od Pilsweizera nie liczę, bo jego można już od kilku dni kupić w sklepach.

KFP11

Pilsweizer Wujek Sam – z kega lepszy

Tym niemniej to właśnie True American IPA okazało się być głównym bohaterem Krakowskiego Festiwalu Piwa – jego twórcy widocznie skumali się z organizatorami, rozstawili kilka nalewaków, a zajmujących się obsługą imprezy wyposażyli w koszulki z Wujkiem Samem. Po zakupieniu festiwalowego pokalu postanowiłem więc rozpocząć degustację o najmłodszego dziecka Pilsweizera. Piłem je niedawno z butelki i, mówiąc delikatnie, nie byłem zachwycony – zabił mnie DMS (recenzja pod koniec tygodnia). Wersja z kegu już tak intensywnie nie waliła szparagami, ale ciągle miałem wrażenie, że coś jej dolega. Tym niemniej niezorientowanym powinno smakować – znać w nim obecność rewolucyjnych chmielów, ale użytych bezpiecznie, bez koszącej goryczki, za to z silną słodową podbudową, dość bliską zwykłemu Pale Ale (wyczuwalny karmel). Podsumowując – w wersji z kegu nie jest źle. [OCENA: 6]

KFP1

Cymbopogon – ciekawostka z trawą w tle

Później postanowiłem wypróbować Cymbopogon Artezana, którego premiera (początek stycznia tego roku) mnie ominęła. Piwko owo to pszeniczniak przyprawiony nowozelandzkimi chmielami oraz… trawą cytrynową. Tych pierwszych nie znać prawie w ogóle, za to trawę i owszem. Trunek staje się za jej przyczyną dość kwaśny, ale też bardzo orzeźwiający. Reszta to klasyka Weizena – bujna piana i słomkowy mętny kolor, w zapachu pojawiają się banany. [OCENA: 7]

KFP7

Browar Ninkasi wreszcie trafił w punkt

Kolejnym przystankiem było stoisko Ninkasi – browar zaprezentował swoje najnowsze dzieło: N°6A, czyli Cream Ale i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że to najlepsze piwo z tej firmy jakie dotąd piłem. Tradycyjnie prezentuje się bardzo ładnie, piana przekracza normy wysokości (na plus), sam płyn, lekko zamglony cieszy złocistą barwą. Lubię, gdy w Cream Ale dominuje silna słodowa podbudowa, a każdy łyk kończy się szlachetną, acz delikatną goryczką. Propozycja z Ninkasi większość tych wytycznych spełnia, może lekka słodycz by nie zawadziła, ale to tylko moje czepialstwo. [OCENA: 7]

KFP9

Doctor Brew Witbier – mniam!

Ostatnim z piw, o których chcę napisać (oczywiście wypróbowałem ich znacznie więcej) jest Witbier od Doctora Brew, nachmielony po amerykańsku, co sprawiło, że to i tak już rześkie piwo stało się jeszcze bardziej pijalne. Twór piwnych lekarzy z Wrocławia tradycyjnie pięknie wyglądał (biała betonowa piana, słomkowy mętny kolor), ale także świetnie pachniał i smakował – szybko zaatakowała mnie owocowa mieszanka, z pomarańczą i grejpfrutem na czele, podbita charakterystycznym zapachem kolendry. Wszystko to gładkie i niesamowicie pijalne. [OCENA: 8]

Doctor Brew został także wielkim zwycięzcą konkursu dla browarów rzemieślniczych – zdobył Craft Prix za Sunny Ale (ha, mówiłem, że jest genialne?), a w kategorii AIPA dwa pierwsze miejsca zdobyły jego specyfiki: American IPA oraz Cascade IPA. Gratulacje!

KFP12

Dobra czeska pszenica

Mam mieszane uczucia co do Krakowskiego Festiwalu Piwa i jego festynowej formuły, w której piwo – mimo wszystko – nie jest aż tak wyeksponowane, jak powinno. Z jednej strony rozumiem to działanie: ludzi do kraftu należy przekonywać stopniowo, bez szaleństw, ściągając ich na miejsce imprezy przy pomocy gwiazd muzycznych (powiedzmy, że discopologenne Baciary takowymi są), jedzenia oraz atrakcji pobocznych. Niemniej, moim zdaniem, za rok należy zadbać, by do Zabierzowa przyjechało więcej uznanych marek, które na tą okoliczność przygotują garść premier zdolnych przyciągnąć na KFP większą ilość piwnego światka. Podsumowując: jest nieźle, ale jeszcze sporo aspektów należy dopracować. Powodzenia!

KFP4

Edukacja to podstawa

KFP3

Sulimar na bogatości

KFP8

Woda dla ochłody

KFP10

Współczułem biegaczom…

KFP13

Najdłuższy (?) szaszłyk świata

KFP2

Pora spisać wrażenia

0 komentarzy na temat “Krakowski Festiwal Piwa: piwo (jeszcze) w cieniu

  1. Pingback: Cztery pszenice | Jerry Brewery

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *