NUTA DO PIWA #51: córki, synowie, skamieliny

Pięć różnych oblicz dobrych piosenek: agresywne, spokojne, majestatyczne, pewne siebie i nieoczywiste. Ja kocham wszystkie taką samą miłością.

MELA KOTELUK
„Migawka”

Ja to, proszę Państwa, uwielbiam Melę od zawsze. Tę płytową, bo na żywo jakoś tak średnio mnie przekonuje. Kocham jej piosenki za zwiewność i melodyjność, której ze świecą szukać nawet w radiowym popie. Takie „Fastrygi” to moim zdaniem małe arcydzieło, do dziś nie wiem, dlaczego nie stały się tak wielkim hitem, jak powinny. Acz mam pewne przypuszczenia: bo nie były tak dobrze wyprodukowane jak piosenki z najnowszej płyty „Migawka”. Stoi za nimi ta sama kooperatywa (Koteluk + Marek Dziedzic), czuć te same emocje i ten sam sposób myślenia o melodii. Zmieniły się za to aranżacje i mixy. Duet poszedł tutaj w Skandynawię zarówno jeśli chodzi o mnogość ścieżek instrumentalnych, jak i ich misterne utkanie. Podobnie rzecz ma się z wokalem: Mela zdecydowanie częściej bawi się wielogłosem, a jej producent sprytnie używa subtelnych efektów, by jeszcze podkręcić wrażenie intymności tego albumu. Cudowna sprawa.

Odprowadź

CHRIS CORNELL
„Chris Cornell”

Jak należało się spodziewać, Chris dorobił się pośmiertnej antologii. Jej standardowa wersja to jedna płyta i 17 piosenek, wybranych dość, przyznam, chaotycznie (gdzie jest „Say Hello To Heaven”? Gdzie „Show Me How To Live”?), acz na tyle sprawnie, że osoby, które dotąd rozmijały się z twórczością Cornella, lizną przynajmniej odrobinę jego geniuszu (bo że był genialnie, przynajmniej jeśli chodzi o możliwości wokalne, w to chyba nikt nie wątpi). Bardziej zagorzałym fanom, albo osobom, które chcą w pełni poznać Krzysia, proponuję sięgnąć po rozszerzone, czteropłytowe wydanie, na którym znajdziecie wszystko co trzeba. Każdy ważny utwór, z każdego okresu kariery, łącznie z nieszczęsnym „Scream”. Warto pogrzebać szczególnie w koncertówkach, w tym przede wszystkim wspaniałym wykonaniu „Nothing Compares 2 U”. Sorry Sinead, sorry Prince – Cornell zaśpiewał to jeszcze lepiej.

Nothing Compares 2 U

DEAD CAN DANCE
„Dionysus”

Cierpię na tę dziwną przypadłość, raczej niespotykaną u ludzi znających się na muzyce – nazwijmy to – współczesnej (za takiego się uważam), a w dodatku lubujących się w klimatach instrumentalno-ambientowych. Mianowicie: pałam umiarkowanym uczuciem do Dead Can Dance. Znam, lubię, szanuję, ale jakoś z uwielbieniem nigdy nie było mi po drodze. „Dionysus” wiele w tym temacie nie zmieni, acz muszę z czystym sumieniem przyznać, że „Dionysus” to krążek, który zrobił na mnie największe wrażenie od czasu zapoznania się z „Into The Labyrinth”. Po pierwsze: jest na nim relatywnie mało wokalu Brendana Perry’ego. Po drugie – DCD znów jednoznacznie kłania się muzyce bliskiego wschodu i starożytnej Grecji, która w moim odczuciu pasuje do nich najlepiej.

„ACT II – The Mountain”

THE OCEAN
„Phanerozoic I: Paleozoic”

The Ocean to jedna z tych załóg, którymi jarałem się, zanim ktoś więcej na ich temat napisał. Postmetalowa załoga z Berlina od początku swojego istnienia zachwyca mnie przede wszystkim brzmieniem: z jednej strony agresywnym i potężnym, z drugiej cudownie selektywnym, co pozwala wyłapać wszystkie niuanse upakowane na płytach tych miłośników wszystkich żywiołów. Po wycieczkach w przestworza oraz stworzeniu Opus Magnum „Pelagial” bazującego na oceanicznej głębi, drużyna Robina Stapsa wraca do geologicznej prehistorii. Muzycznie zmienia się u niej nad wyraz niewiele. Nadal dostajemy mocne, przesterowane riffy, świetne wokale przełamane screamem i growlem, twardo pracującą sekcję i miłe elektroniczne zmiękczenia. Nowość wyłapałem tylko jedną: próbę wprowadzenia do tego całego tygla blastów (takich na pierwszym biegu, ale zawsze). Ciekawe, czy Niemcy pójdą w tym kierunku mocniej na kolejnych płytach.

Cała płyta

DAUGHTERS
„Daughters”

Nie to ładne, co ładne, ale to, co się komu podoba – uczyła lata temu babcia. Jeśli to faktycznie prawda to patrząc przez pryzmat Daughters, pięknem są chaos, hałas, brud, niepewność, szaleństwo. I choć przy pierwszym zetknięciu z twórczością Amerykanów trudno jest podzielić ich entuzjazm do dewastacji standardowego poczucia estetyki, to jednak co bardzie wprawiony słuchacz, mający za sobą kilka przesłuchanych płyt tego towarzystwa, zacznie dostrzegać w ich dźwiękach coś poruszającego, emocjonalnego i – w sumie – naprawdę pięknego. Czasami są to melodie, które od wielkiego dzwona jest w stanie wydusić z siebie wokalista. Gdzie indziej rytmy. Jeszcze w innym miejscu misterna produkcja, będąca zaprzeczeniem pozornego nieuporządkowania dźwięków. Tu wszystko jest na swoim miejscu. A że są to miejsca nietypowe…

Cała płyta

(Visited 143 times, 2 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *