LTPR i BBD 2018 – przemyślenia na koniec sezonu

Festiwalowy sezon A.D. 2018 w Polsce dobiegł końca. Pora więc na kilka słów o ostatnim akordzie tego roku, czyli Lubelskich Targach Piw Rzemieślniczych i Beer Blog Day.

To była wyjątkowo spokojna jesień, zwłaszcza dla tych browarów, które zdecydowały się odpuścić jeden z festiwali (my, na ten przykład, odpoczęliśmy od Poznania). Zastanawiającym jest fakt, jak mocno organizatorzy piwnych imprez położyli nacisk na wiosnę i wczesne lato. Wtedy tripowaliśmy co weekend przez dobrych 10 tygodni. Teraz działo się coś raz, góra dwa razy w miesiącu. Dość powiedzieć, że po raz pierwszy od dobrych 2 lat poczułem podjaranie wyjazdem na festiwal, którego nazwa nie zaczyna się od Craft Beer i nie kończy na „Camp” lub „Fiesta”.

O przeładowaniu kalendarza, zmęczeniu materiału i braku świeżych inicjatyw pisałem i mówiłem już nie raz, odeślę Was więc do filmu na moim YT, w którym wraz z Chmielobrodym gadamy o kondycji polskich festiwali. W tym miejscu powiem tylko tyle: Lublina się to nie ima. No, może poza Beer Blog Dayem, ale to jakby nie wina organizatorów, a bardziej nas – blogerów. O tym za chwilę.

Inna liga Lublina

Festiwal w Lublinie to zupełnie inne rozgrywki. Najbardziej przestronne miejsce, stała (a kto wie, czy nie rosnąca) frekwencja, największy entuzjazm odwiedzających, a także – co niezwykle istotne z punktu widzenia wystawcy: najniższe koszty. Taka mieszanka sprawia, że finalnie z terenu Targów Lublin każdy wychodzi zadowolony. A przynajmniej tak wynika z moich obserwacji.

Zacznijmy od ostatniego z faktorów, czyli niskich kosztów. Jestem przekonany, że Lublin jest – relatywnie – jednym z „najtańszych” miast wojewódzkich, co przekłada się na niższe koszty wyjazdu (nocleg, jedzenie, tankowanie, komunikacja miejska). Do tego organizatorem LTPR są osoby zarządzające terenem, na którym odbywa się impreza. Nie muszą więc doić z wystawców, ani zapraszać horrendalnej liczby browarów, by spiąć finansowo wydarzenie. Efekt? Przyjazna dla wystawcy kwota wynajmu miejsca i jeszcze lepszy obrót.

Ten ostatni – i tu przechodzimy do właściwie najważniejszego czynnika – nie byłby możliwy, gdyby nie serdeczność, pasja (ależ ja nie lubię tego słowa, acz nie znajduję lepszego) i zaangażowanie miejscowej gawiedzi piwnej. Naprawdę, nie ma drugiego takiego festiwalu, w czasie którego praktycznie każdy odwiedzający stoisko, zagada, uśmiechnie, wymieni opiniami i to nawet jeśli zupełnie cię nie kojarzy. Nie, tutaj kontakt międzyludzki jest tak swobodny, naturalny i nakręcony pozytywną energią, że dosłownie nie jestem w stanie wyobrazić sobie, by mogło to wyglądać lepiej.

Frekwencja jest też efektem sprytnego zabiegu organizatorów. Otóż na Targi Lublin są w stanie pomieścić jednocześnie więcej niż jedną imprezę. I tak jednocześnie z LTPR odbywają się… targi ślubne. Jakie to może mieć przełożenie? Otóż bardzo proste. Głównymi odbiorcami imprez ślubnych są jednak dziewczyny (dla nas, panowie – umówmy się – jest to mordęga). Z kolei imprezy piwne, mimo że coraz bardziej „wyrównujące się” płciowo, to jednak wciąż zdominowane są przez facetów. Mamy tu więc układ idealny. On idzie na piwko, ona szukać sukni ślubnej. On pogada z piwowarami, ona z fotografami, co specjalizują się w uwiecznianiu „najważniejszego dnia w życiu”. Sytuacja win-win, moi Państwo.

Podkreślę jeszcze, że coraz bardziej starają się sami wystawcy. Umówmy się, jakieś 2-3 lata temu na festiwale inne niż ten Warszawski czy w Poznaniu, woziło się głównie klasyczną ofertę, względnie kilka piw specjalnych. Teraz widzę, że dosłownie wszyscy przywieźli sztosy, wersje limitowane, „jedyne beczki w kraju” (koloryzuję) itd. Dość powiedzieć, że współgospodarz, czyli Browar Zakładowy, zaserwował zdaje się 9 czy 11 nowych piw. My mieliśmy na ten przykład trzy nowości (na ośmiu kranach) i w rotacji trzy praktycznie w ogóle niedostępne gdzie indziej sztosy w kegu (Potiony, Imperialny Nafciarz JD BA). Podobnie choćby Golem, Piwne Podziemie czy Artezan. Skądinąd obecność tej ostatniej ekipy, która przecież baaaardzo rzadko jeździ na festiwale, świadczy o tym, jaką renomą cieszą się Lubelskie Targi Piw Rzemieślniczych.

I raczej będą się cieszyć. Lublin sprytnie nie przegrzewa atmosfery (a słyszałem, że były zakusy na dwie edycje w roku), nie torpeduje fanów piwa mnogością imprez. Targi, podsumowujące rok w krafcie, kumulują więc geekowską energię i rokrocznie zapewniają uśmiech na twarzy klientów, wystawców i organizatorów. Taki układ w przyrodzie nazywamy symbiozą.

Beer Blog Day 2018, czyli smutny Jerry

O ile sam festiwal mogę uznać więc za całkowicie udany, o tyle nie mogę tego powiedzieć o Beer Blog Day. Nie wiem, czy chodzi o miejsce, termin, zaproponowane tematy czy co tam jeszcze, ale przyjechało nas tyle, co kot napłakał. Ja wiem, nie liczy się ilość, ale jakość i na tę zdecydowanie nie mogę narzekać. Ba, po raz pierwszy – za sprawą Darka Dmytryszyna z Piwnych Degustacji, Filipa Paprockiego prowadzącego Akademię Drożdżową oraz kolby – popłakałem się ze śmiechu w czasie piwnego festiwalu.

Jednocześnie po całym wydarzeniu smutłem trochę, że moja oraz organizatorów i wykładowców nieomal poszła na marne. Acz to już nasze wewnętrzne, blogerskie tematy do ogarnięcia i wyjaśnienia. Dodam tylko, że blogerów, którym „się chce” zostało naprawdę niewiele, mimo że nasze grono nieustannie rośnie. Nie mówię tego z pretensjami: dorastamy, zakładamy rodziny, dołączamy do producentów, wreszcie – po prostu się nudzimy tematem piwa.Tym niemniej spodziewałem się, że jednak będzie nas trochę więcej.

Mam nadzieję, że ci, co przyjechali, nie żałują. Najpierw wspólnie spróbowaliśmy tegorocznej odsłony serii The Blogger, później pogadaliśmy o kondycji piwnej blogosfery oraz o tym, czy blogerzy są komukolwiek potrzebni. Następnie posłuchaliśmy co nieco o drożdżach (wspomniana Akademia Drożdżowa), a na koniec degustowaliśmy kilka odmian whisky od Jamesona, by przybliżyć sobie co nieco mocniejszego brata piwa. Myślę, że było co najmniej spoko. 😉

**

Zresztą, tak sobie myślę, że dzięki piwnej karawanie i jej składowi, cokolwiek by się na festiwalu nie działo, każde spotkanie to powód do radości. Szczególnie w takich okolicznościach jak w Lublinie. Z całą pewnością mogę powiedzieć: do zobaczenia za rok!

Soundtrack: ostatnimi czasy jakoś nad wyraz często prowadzę rozmowy pod tytułem „która płyta Opeth jest twoją ulubioną?”. Nie mam pojęcia dlaczego. Śpiesząc z odpowiedzią donoszę, że moja to „Watershed, a utwór „Heir Apparent” to moim zdaniem najlepszy utwór, który wypłynął spod palców Mikaela Akerfeldta i spółki.

(Visited 301 times, 9 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *