HOT OR NOT: style piwa, które lubię i którymi gardzę

kocham gardzę

10 stylów piwa. Pięć z nich uwielbiam, pięcioma pozostałymi gardzę. Ciekawe, czy macie podobnie.

Z gustem jest jak z tyłkiem – każdy ma swój. Nie da się lubić lub nienawidzić wszystkiego jak leci. Ta banalna konstatacja tyczy się także piwa. Nie znam człowieka zakochanego we wszystkich jego odmianach. I w drugą stronę: nie wierzę, gdy ktoś mówi mi, że nie lubi żadnego stylu – widocznie jak dotąd nie trafił na egzemplarz, który go poruszył.

Ja także mam swoich piwnych faworytów, po których reprezentantów sięgam niemal w ciemno. Są zaś takie rodzaje, że gdy tylko o nich myślę, mój żołądek krwawi. Tych drugich jest na szczęście zdecydowanie mniej.

Postanowiłem podzielić się z wami moimi preferencjami. Poniżej znajdziecie zestawienie pięciu stylów, po które nigdy nie waham się sięgnąć i pięciu, od których stronię. Ciekaw jestem Waszych opinii – jak to wygląda w waszym przypadku?

HOT

1. Russian Imperial Stout – w tym miejscu nie mógł znaleźć się żaden inny styl. RIS to kwintesencja geniuszu piwa, oferująca taki wachlarz doznań, jak przejażdżka rollercoasterem. Czekolada i kawa? Są. Ciemne owoce? A jakże! Lekko grzejący szlachetny alkohol? Bardzo proszę! Goryczka? Jej także nie brakuje. Słowem: masz tu wszystko, czego do piwnego szczęścia ci potrzebne.

2. American India Pale Ale – ikona rewolucji. Styl, który nigdy się nie przeje (czy raczej przepije), gdyż oferuje świeżość, goryczkę i zniewalający owocowy aromat. Jak żaden inny alkohol zapewnia połączenie orzeźwienia z ekstremalnymi doznaniami dla każdego zmysłu. Za dobre AIPA oddałbym Chicago, Paryż, Krym. (w kontekście działań wujaszka Wołodii to chyba nie jest zbyt szczęśliwy cytat).

3. Oatmeal Stout – jedna z moich pierwszych piwnych miłości, do których uczucie żywię do dziś. Urzeka mnie gładkość tego stylu, jedwabistość, czekoladowy rzut i trzeźwiąca kwaskowość. Okej, podatny jest na wady, łatwo tu coś sknocić, w czym przypomina mi piękną, acz kapryśną kobietę. Ale co tam – warto się dla takiej starać, bowiem jeśli tylko wyjdzie ci podryw, doznasz niezapomnianych rozkoszy.

4. Funky Ale – styl, którego chyba jeszcze nikt trafnie nie zdefiniował, bo tak naprawdę ciężko ubrać go w jakiekolwiek ramy. Jego kwintesencją jest dzikość – z piwami spod znaku Funky można konie kraść. I to dosłownie, wszak oferują one aromaty końskiej stajni i amoniakowy posmak. Kto jeszcze nie miał z nimi do czynienia, ten nie zna życia.

5. Black IPA/Cascadian Dark Ale – co człowiek, to inna definicja stylu i inne wymagania. Mój ideał łączy w sobie chmielową świeżość i goryczkę, nonszalancję dymu papierosowego i czekoladową pieszczotę. Teoretycznie spotkania z BIPA traktujesz jak coś zupełnie naturalnego – znacie się przecież od lat. Sęk w tym, że każde ma w sobie pewną dozę pikanterii, pełnego erotyzmu pożądania, by rzucić się na butelkę/pokal/kran i wycisnąć go do ostatniej kropelki Tu i teraz.

NOT

1. International lager – czyli najbardziej sprostytuowane przez Amerykanów (marzyłem o bardziej dosadnym słowie) dziecko czeskiego pilsa, wyprute totalnie z jakiegokolwiek uroku. Ciągnąc wątek dam lekkich obyczajów: jest jak dziwka, z którą wszyscy już spali. Za grosz w niej uroku, klasy, emocji. Aż dziw bierze, że mając do wyboru tyle wytwornych dam, większość piwoszy koncentruje swoje pragnienia akurat na tej…

2. Bock – chleb z masłem może i był rarytasem w czasach narodzin tego niemieckiego nudziarza, ale setki lat później jego posiadanie wzrusza chyba tylko najuboższych. Jako że nasz kraj szczęśliwie pod względem piwnym już zdołał awansować do klasy średniej (i dziarsko prze przed siebie!), więc ten nudny, mulący trunek służy chyba tylko w celu wywołania wzruszenia ramion. PS: uwagi nie tyczą się wersji wędzonej.

3. Blonde Ale – kolejna nuda przywleczona z USA, rdzennie amerykańska. Trzeba blondwłosemu Ale oddać, że charakteryzuje się niezwykłą wręcz pijalnością, na poziomie wody mineralnej. Bo i w smaku i zapachu niewiele się od niej różni. Okej, przepuszczono ją przez kromkę od chleba cieniutko posmarowaną jakąś owocową konfiturą, ale to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.

4. Scottish 60-/70-/80- – czołówka kategorii „najnudniejsze i najbardziej męczące style świata“. Niezależnie ile szylingów piwowar wrzuci do kadzi warzelnej, wychodzi muląca bieda, smakująca toffi, chlebem i – jeśli wiatr akurat wieje od pobliskiego sadu – ciemnymi owocami.

5. India Brown Ale – być może jeszcze nie miałem okazji wypić naprawdę dobrego reprezentanta tego stylu, ale dla mnie jest on piwnym odpowiednikiem świnki morskiej: ani to India, ani Brown. Zupełnie nie leży mi połączenie nut cytrusowych z orzechowymi. Obie naleciałości gryzą się zamiast uzupełniać i w rezultacie tworzą całość godną jak najszybszego zapomnienia.

0 komentarzy na temat “HOT OR NOT: style piwa, które lubię i którymi gardzę

  1. Hmmm… A Barley Wine? Pytam, ponieważ nie jest to styl na tyle hmmm… wylansowany, jak RIS, jednak oferuje niemniej ciekawe doznania. Z zestawienia uświadomiłem sobie, że nie jestem chyba aż tak wielkim fanem nowofalowych chmieli, ponieważ zarówno stylu Scottish 60-/70-/80-, jak również Bock na pewno nie umieściłbym w dziale „Not” 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *