NUTA DO PIWA #10: moje ulubione płyty

Nuta do piwa moje ulubione plyty

Jubileuszowe wydanie „Nuty Do Piwa” oraz Mikołajki to doskonały pretekst, by zamiast nowości zaserwować Wam zestaw moich ulubionych płyt.

Aby nieco ułatwić sobie zadanie przyjąłem, że każdego wykonawcę będzie reprezentował tylko jeden krążek. Próżne moje nadzieje. Okazało się, że finalna lista wydawnictw mocno przekracza 50 tytułów – ależ się tego nazbierało!

Z bólem serca postanowiłem ograniczyć się do 25 wydawnictw, które możliwie najpełniej reprezentują moje upodobania. Proszę bardzo, oto one – przy każdym wkleiłem link do mojej ulubionej piosenki z krążka. Kolejność przypadkowa.

THE BEATLES
„Rubber Soul”

Mógłbym tu wpisać każdą płytę Fab Four po zrzuceniu garniturów, ale wybieram tę, od której przemiana się zaczęła. Znakomite połączenie rockowej dynamiki, popowych melodii i wspaniałych ballad, spośród których „Norwegian Wood” zdecydowanie bryluje.

LED ZEPPELIN
„Led Zeppelin II”

Spośród Zeppelinowych płyt z pierwszego okresu ta jest mi najbliższa, między innymi dlatego, że od niej rozpocząłem przygodę z ową kapelą. Kopalnia ponadczasowych riffów, kapitalny groove sekcji, no i Robert Plant osiągający wyżyny wokalne. Chyba nie trzeba więcej argumentów.

PINK FLOYD
„Meddle”

Strzelam, że jestem jedną z pięciu osób na świecie, które stawiają płytę „Meddle” przed jej wielkimi następczyniami. Wyjaśnienie jest jedno: „Echoes”. Najwspanialsza suiita ever, pełna psychodelicznych odlotów i skrząca się od kunsztownych zagrywek Davida Gilmoura. Zresztą pozostałym kompozycjom także niczego nie brakuje. 

BLACK SABBATH
„Master Of Reality”

Wybór trochę na przekór, bowiem większość społeczeństwa zawsze ekscytuje się pierwszymi dwoma krążkami Sabbathów, jakby zapominając, że kolejne też są świetne. Ten cenię przede wszystkim za najsmutniejszy utwór w dziejach brytyjskiej załogi – „Solitude”. No nic, tylko się pociąć.

PANTERA
„Vulgar Display Of Power”

Mam wielki sentyment do tego krążka, gdyż był on pierwszym, który przesłuchałem na próbie mojego pierwszego składu, Sabotaż. Co prawda graliśmy funk-blues rock, ale ziomale strasznie jarali się tym, co robił Dimebag, Phil Anselmo i spółka. Wokalista Pantery do dziś jest jednym z moich ulubionych. Jak to się objawia? Wpadnijcie na koncert jednej z moich załóg to się przekonacie. 

TOOL
„Lateralus”

Dzięki tej płycie znakomicie zdałem maturę z matematyki! Serio – katowałem ten album na okrągło ślęcząc nad pochodnymi i trygonometrią. Do dziś urzeka mnie jego wielowarstwowość, rozstrzał stylistyczny, maestria techniczna, no i nietypowa oprawa graficzna, podbita niezwykłymi teledyskami. 

PORCUPINE TREE
„Lightbulb Sun”

Dorobek Stevena Wilsona łykam bez popity, niezależnie od wcielenia. Jednak to na Porcupine Tree się wychowałem, więc ów skład darzę największym sentymentem. Zacząłem od „In Absentia”, ale najbardziej pokochałem „Lightbulb Sun” – za połączenie artyzmu, melancholii i zgrabnych melodii. No i za kosmiczną solówkę w „Where We Would Be”.

MOGWAI
„Happy Songs For Happy People”

Od tego wydawnictwa zaczęła się moja miłość do post-rocka, która zresztą trwa do dziś. Wtedy w ogóle nie wyobrażałem sobie, że mogę lubić gitarowe granie bez wokalu. Jednak przepiękne utwory Szkotów wprost rozłożyły mnie na łopatki od pierwszego przesłuchania. Ani wcześniej, ani później nie nagrali tak wybitnej płyty, ale kocham ich za nią bezgranicznie.

PELICAN
„The Fire In Our Throats Will Beckon The Thaw”

Na Pelicana trafiłem niedługo po odkryciu Mogwai, na fali ekscytacji muzyką bez słów. Kwartet nieco bardziej dynamiczny od starszych kolegów ze Szkocji, ale mający w repertuarze równie poruszające utwory. I co ważne – słychać w nich nie tylko smutek i melancholię, lecz także autentyczną radość i ekscytację wolnością.

EXPLOSIONS IN THE SKY
„Earth Is Not Cold Dead Place”

Kolejne post-rockowe smutasy, którymi podjarałem się w podobnym okresie, co Mogwai i Pelican. Najspokojniejsi z tego tercetu i zarazem najbardziej wzruszający. Autentycznie – ich twórczość, a szczególnie przywołana płyta, jest w stanie wycisnąć ze mnie łezkę. A wierzcie mi, po ostatnich latach jestem zupełnie wyprany z emocji, więc to nie lada sztuka. 😉

HIGUMA
„Pacific Fog Dreams”

Uwielbiam pracować przy tej płycie. Zamieszczone na niej utwory to po prostu strumienie dźwięków, nie mające nic wspólnego z piosenkami. Ale kanadyjski duet jest w stanie wycisnąć ze swych gitar (i przesterów) tak niesamowite odgłosy, że gdy tylko je słyszę, robi mi się ciepło, a przed oczami pojawia się zachód słońca, który pamiętam z pobytów nad morzem.

ARMIA
„Legenda”

Długo nie mogłem zrozumieć poetyki Tomka Budzyńskiego i łączenia jej z taką muzyką, jaką na „Legendzie” wyrzuca z siebie Robert Brylewski. Ale gdy na dobre zacząłem pracować nad swoją duchowością, Budzy stał się dla mnie osobą niezwykle bliską. Tak jak on odczuwam istnienie Boga (czy innej Istoty Wyższej) poprzez sztukę. A ten krążek jest personifikacją boskości. 

2TM2,3
„888”

Będą ci wmawiać, że Pismo jest nudne, rozlazłe i dla starych dziadów. Ale zaprawdę powiadam ci: płyta „888” udowadnia, że Słowo ma w sobie czysty rock’n’roll, a Jezus był punkowcem. A nawet odrywając się od wartości lirycznych skłonny jestem stwierdzić, że to jeden z najlepszych krążków, jakie kiedykolwiek wyszły spod palców Polaków.

DECAPITATED
„Blood Mantra”

Najmłodsza z płyt obecnych w tym zestawieniu, ale też należy jej się to miejsce jak chłopu pole. Przede wszystkim dlatego, że od zawsze szanuję Vogga i jego ekipę – to dzięki nim zrozumiałem, o co chodzi w ekstremalnym metalu. „Blood Mantra” to szczytowe osiągnięcie Decapów, tyleż brutalne, co chwytliwe, pełne niepodrabialnego groove i luzu.

RUSSIAN CIRCLES
„Memorial”

Także relatywnie świeży materiał, ale szanowany przeze mnie jako najlepszy krążek zespołu który bardzo lubię. Russian Circles udowadniają, że we trzy osoby można tworzyć naprawdę przebogatą brzmieniowo muzykę, tu agresywną, tam podniosłą, gdzie indziej oniryczną i kojącą. A to wszystko w raptem 37 minut.

ISIS
„In The Absence Of Truth”

Słucham wielu gatunków muzycznych, ale gdybym potrafił grać na gitarze, chciałbym robić to w Isis. Tu sześć strun nie jest tylko instrumentem do trzymania rytmu, szycia solówek czy wymyślnym riffów. Gitara – wraz ze słowami – snuje tu wspólną opowieść. Smutną, w jednej chwili wytrącającą z głowy wszelką nadzieję, by za chwilę ją przywrócić.

RADIOHEAD
„The Bends”

Szanuję wszystkie wydawnictwa Radiohead, bo to prawdopodobnie ostatnia tak kreatywna i tak bezkompromisowa grupa, z jaką jak dotąd miała do czynienia ludzkość. Paradoksalnie „The Bends” cenię najbardziej za prostotę, znakomite melodie, piękne poetyckie liryki i oszczędne aranżacje. 

FAIR TO MIDLAND
„Fables From A Mayfly”

Jeden z tych zespołów, które nie odniosły takiego sukcesu, na jaki zasłużyły. Zupełnie nie wiem, dlaczego. Przecież ten album to kopalnia przebojów ubranych w metalową otoczkę, nieco rozmiękczaną udziałem klawiszy. A w dodatku na pokładzie ekipa miała niesamowitego wokalistę, który niczym Mike Patton potrafił zaśpiewać w każdym stylu. Może jeszcze kiedyś wrócą.

THE DEREK TRUCKS BAND
„Songlines”

Jeżeli „Rolling Stone” uznajcie 21-latka za jednego z najlepszych gitarzystów w historii (ranking z 2000 r.) to wiedz, że musisz go poznać. Derek Trucks zachwyca wspaniałą grą slide, która w połączeniu z bardzo przebojowym bluesem przykuwa na stałe do głośników. „Songlines” to najdoskonalsze dzieło najważniejszego składu Dereka, znakomicie wyważone pod względem artyzmu i „piosenkowości”. 

DEFTONES
„White Pony”

Jest tylko jedno wcielenie nu-metalu, które toleruję. Nazywa się Deftones i kocham je ze względu na wyniesienie metalowego grania do rangi sztuki. Za sukces odpowiada niepodrabialny, nieco zaspany głos wokalisty, cudowna przestrzenna gra gitarzysty oraz elektroniczne wstawki. „White Pony” to najdoskonalsze wcielenie tej załogi. Będę kochał po wsze czasy.

TIDES FROM NEBULA
„Aura”

Tides From Nebula odżegnuje się od bycia zespołem post-rockowym, ale ja lubię wpychać ich do tego worka. Przede wszystkim dlatego, że „Aura” to jedna z najlepszych płyt tego gatunku. Nie dość, że napisana przez Polaków, to jeszcze przez debiutantów. Pełna emocji, skrząca się pomysłami, balansująca pomiędzy agresją a ciepłem.

 OPETH
„Watershed”

Być może to „Blackwater Park” jest najlepszym krążkiem Opeth ever, ale ja uważam, „Watershed” za najbardziej eklektyczny i łączący wszystkie wcielenia grupy. Mamy tu i smutne miniatury, i odniesienia do art-rocka spod znaku Moody Blues, i wreszcie do progresywnego death metalu, którym Szwedzi przez lata czarowali. Płyta kompletna.

ALICE IN CHAINS
„Dirt”

To mój ukochany przedstawiciel grunge’u prawdopodobnie dlatego, że ze stylem ma wspólne tylko nieco chropowate brzmienie gitar. O wiele ważniejsze są: mocne, zahaczające o heavy metal uderzenie, ponadczasowe melodie oraz – przede wszystkim – dwugłosy wokalne, których w ciężkiej muzyce ze świecą szukać. 

THE PAX CECILIA
„Blessed Are The Bonds”

Nie wiem nic na temat tego zespołu. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze istnieje, czy wydał inne płyty i czy przypadkiem mi się to nie przyśniło. The Pax Cecilia to metalowe wcielenie Crippled Black Phoenix czy Godspeed You! Black Emperor. Ekipa miesza hardcore, screamo z ambietem, dronami, post-rockiem i czym tam jeszcze chcecie. Smyki w aranżacjach rozkładają mnie na łopatki.

ANATHEMA
„Weather Systems”

Pamiętam, że to pierwsza recenzowana przeze mnie płyta, która dostała maksymalną ocenę (kto wie, czy nie jedyna) odkąd zacząłem używać skali dziesięciostopniowej. To album wzruszający, okraszony niezapomnianymi melodiami, po prostu piękny. Chyba nikt tak, jak Anathema nie jest w stanie zaśpiewać o śmierci klinicznej – patrz wieńczący dzieło numer „Internal Landscapes”. Czysta poezja.

4 komentarze na temat “NUTA DO PIWA #10: moje ulubione płyty

  1. Fajne zestawienie. Teraz juz czytelnicy mogą się domyślać jaki masz gust. Wydaje mi się że Obscure Sphinks mógłby Ci się do podobać.Post metal. Świetny klimat i damski growling

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *