SALON PIVA 2017 – multirecenzja piw

Jak się ma czeski kraft? Okazuje się, że nie najgorzej, ale do polskiego, a nawet słowackiego mu jeszcze daleko.

Czesi nic nie muszą. Tym bardziej nie musieli brać się za piwną rewolucję, bo przecież mają swojego svetlego leżaka, czyli Pilsa, więc amerykańskie wynalazki nie są im do niczego potrzebne. A jednak od kilku lat nasi południowi sąsiedzi dzielnie biorą się za bary z kraftem. Ba, mam wrażenie, że polska scena rodziła się także pod wpływem piw kupowanych w Czechach. Od słynnego Kocur Samurai IPA wielu czołowych przedstawicieli rewolucji zaczęło przygodę ze znakomitym piwem.

Dziś, sześć lat po Ataku Chmielu, wyprzedziliśmy Czechów o kilka długości jeśli chodzi o piwa górnej fermentacji. Nadal najwybitniejsze Pilsy wypijecie właśnie u nich, natomiast jakość Ale’i daleka jest od doskonałości. Piwa są w większości pełne wad, mało wyraziste, albo jednowymiarowe. Czesi nie boją się bowiem eksperymentować: produkują kwasy, piwa leżakowane w beczkach, z dodatkami. Jednak do rewelacji daleko.

Na tle czeskich browarów nasze piwa wyglądały jak mistrzostwo świata. Podobnie wyroby słowackich ekip Lanius oraz Beervana. Trunki tych dwóch browarów zrobiły na mnie największe wrażenie.

No to hop – lecimy z przeglądem piw, które zdegustowałem w Pradze.

BEERVANA – Stoutesso

Zaczynam od tego, co dobre, czyli dwóch piw od Słowaków, którzy mieli swoje stoisko tuż obok. Stoutesso to Chocolate Coffee Vanilla Milk Stout. Brzmi jak „wrzućmy wszystko i zobaczmy, co z tego wyjdzie”, ale w praktyce otrzymujemy pyszny Stout pachnący czekoladą, kawą z mlekiem oraz odrobiną wanilii (obstawiam naturalną). W ustach Stoutesso jawi się jako gładki, słodki, czekoladowy napój. Bardzo przyjemne. [7,5]

BEERVANA – Crazy Pils

Jeszcze fajniejszy okazał się India Pale Lager. Cudownie czyste, intensywne piwo z wszechobecnymi nutami cytrusów, iglaków oraz nafty (Mosaic). W życiu nie piłem tak soczystego Lagera, w którym króluje przede wszystkim pomarańcza. Bardzo rześki wywar, który mimo 15 Plato i ponad 6% alkoholu pije się jak Desitkę. [8,5]

SIBEERIA – Coco Chanel

Po drugiej stronie naszego stoiska piwa lała ekipa Beer Geek – baru i dystrybutora piw zarazem. Połowę kranów zajęła Sibeeria, a mnie zainteresowało najbardziej piwo o Hopiumowo brzmiącej nazwie Coco Chanel. To Porter z – niespodzianka – kokosem oraz wanilią. Ta druga jest tu o wiele wyraźniejsza, niż spodziewany główny bohater. Do tego dochodzi aromat taniej czekolady i palonej kawy. Kokosa mamy nieco więcej w smaku. Ładnie wtóruje mu kawa zbożowa i czekolada. W sumie niezłe, ale pite bez większej ekscytacji. [6]

RAVEN – Vanilla Porter

I jeszcze jedno piwo z dodatkiem wanilii, tym razem od próbującego powoli rozpychać się w Polsce Kruka. Nie uwierzę, że chłopaki nie wrzucili tu aromatu – zapach wanilii jest wręcz kosmicznie intensywny, aż szczypie w nos. Do tego dochodzą estry (czerwone jabłko) i trochę czekolada. Podobny układ trafia do ust. Piwu ewidentnie brakuje ciała i balansu. [4,5]

JBM – Sour Ale Blueberry

Z kwaśnością, moim zdaniem, należy uważać. IMO klasowe Sour Ale powinno być przyjemnie zbalansowane i oferować coś więcej, niż tylko ssanie Rutinoscorbinu. Tymczasem w przypadku wywaru JBM to właśnie ów medykament pierwszy przychodzi do głowy, gdy wlewam w siebie kolejne łyki. Jagód w smaku praktycznie nie czuć. Zdecydowanie lepiej prezentuje się zapach, gdzie owoce dają o sobie znać bardzo wyraźnie. Piwo ma potencjał, ale trzeba w nim opanować kwaszenie. [5]

ZICHOVEC – Porter BA

Mamy tu casus Widawy, czyli ewidentne zakażenie dzikusami. Przypadkowe i niechciane, o czym piwowarzy browaru otwarcie mi powiedzieli. Efekt? Dzikie, rustykalne w aromacie piwo, gdzie wanilia z beczki oraz czekolada grają rolę drugorzędną. Podobnie w smaku, choć w nim akcenty odsłodowe są już zdecydowanie bardziej wyraźne. W sumie nie jest to zły wywar, acz na niższą ocenę wpływ ma fakt, że piwowar go nie kontrolował. [5,5]

HELF – Zichovec

Browary Helf i Zichovec ruszyły z ciekawą kooperacją. Oba miały za zadanie uwarzyć to samo piwo, według tej samej receptury, ale na swoim sprzęcie. Efekt? Dość znaczne różnice, ale że w większej ilości wypiłem tylko to piwo, zatem zajmę się nim. Kluczem do trunku miały być rzadko używane odmiany chmielu Olicana, Calypso i Ariana. Problem w tym, że zamiast atrakcyjnego aromatu przyniosły przede wszystkim skarpetę, w dodatku pływającą w maśle. Diacetyl daje o sobie znać na każdym kroku, a pozytywne wrażenie ratuje tu jedynie herbaciany akcent od Calypso. Słabo. [3]

FRANKIES – Frank APPA

Browar Frankies, czyli „Two Guys Who Brew Beer” to fani Franka Zappy. Efektem nazwy piw oraz psychodeliczne etykiety. Oprawa całkiem zacna, ale same piwa już niekoniecznie. Spod cytrusów i sosny frunącej z ich Session IPA przebija się diacetyl. W smaku odrobina landynki kontrowana jest przez miłą goryczkę. Do szybkiego zapomnienia. [5]

FRANKIES – Frank APPA Dark

W przypadku tego piwa wypadałoby mi przekleić opis poprzedniego i dodać tylko „trochę czekolady”. Wszystko co złe i dobre w wersji jasnej zjawia się także i tutaj. Mamy więc i mocne chmielenie na aromat i goryczkę, jak i niezbyt sympatyczne masełko. [5]

FRANKIES – Frank 5-Fingers

Jako ostatniego spróbowałem IPL-a. No  i co? No i prawie to samo, co poprzednio, tyle że jakby bardziej rześko i przyjemnie, z mniejszą ilością diacetylu, za to z subtelną, miłą goryczką. To piwo nawet mi smakowało, choć może dlatego, że miałem ochotę, na chmielowego Lagerka. [6]

ZIL VERNE – 2000 Mil Pod Morem

Tu z kolei totalna porażka. Miał być Dry Stout, wyszło nie wiadomo co. Kolor brązowy, zupełnie inny od tego, co matka koniczynka przykazała. W aromacie estry i utlenienie przykrywają wszystko: czerwone jabłka mieszają się tu z nutą sosu sojowego. Panie, z czym do ludzi. [2]

U SV. STEPANA – Dekan 11

Aby odpocząć od wydziwiania przerzuciłem się na chwilę na klasyczne Pilsy. Dekan 11 rozłożył mnie na łopatki. Chyba nigdy nie piłem tak czystego, tak wspaniale ułożonego przedstawiciela gatunku. Cudna ziołowa nuta w aromacie, do tego subtelna wytrawność, miła goryczka, stonowana podbudowa słodowa i sporo ziół hasających po ustach. Niemal perfekcyjne piwo, które można pić wiadrami. [9]

KRUSNOHOR – DRye IPA

DRye IPA można z kolei do wiader wylewać. No dobra, przesadzam, bo mi to hasło pasowało do scenariusza. Piwo co prawda zdominowane zostało przez estry owocowe, ale nie brakue w nim zielonych nut od chmielu oraz odrobiny kokosa, jakby od Sorachi Ace. W smaku przypomina bardziej Warkę Strong, niż klasowe IPA, acz to ewidentnie sprawka żyta. Ujdzie w tłumie. [4,5]

DUCK & DOG – Double IPA

Bardzo podobało mi się, gdy chłopaki z Duck & Dog radośnie przyszli do nas, by pokazać nam swoje Double IPA i pochwalić się, jak to dużo wrzucają chmielu na aromat. Miny im zrzedły, gdy okazało się, że w Polsce sypie się jakieś 5-6 razy więcej. 😉 Jednak nie niedobory chmielu, a aldehyd oraz czerwone jabłko są tutaj głównymi faktorami fakapu. W ustach co prawda pojawia się sporo owoców, co poczytuję temu wywarowi na plus, jednak długa, zalegająca goryczka oraz wspomniane wcześniej wady każą mi wydać werdykt mało przychylny dla kaczki i psa. [3,5]

FALKON – Falk-On

Proszę Państwa, oto RIS. RIS, który pokazuje, że jak Czesi chcą, to i w górną fermentację potrafią. Może jeszcze bez szału, ale także bez wad. Czekolada, kawa, a nawet nuta wędzoności. Znamy to i lubimy. Falk-On jest piwem słodkim, czekoladowym, dość delikatnym, z bardzo niewielką goryczką. Niezłe. [7]

LANIUS – Dry Stout

Lanius to kolejny browar ze Słowacji, który zrobił na mnie wrażenie, choć zaczęło się nie za szczególnie. Dry Stout, który wygląda, pachnie i smakuje jak English Porter to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Innych uwag nie pamiętam, ale brązowe piwo o aromacie i smaku orzechów powinno nazywać się inaczej. Pozwolę sobie więc nie oceniać.

LANIUS – Belgian Hoppy Tripel

Za to przed tym piwem gotów jestem paść na kolana. Genialny Tripel, do tego kosmicznie nachmielony na aromat. Sosna, żywica, grejpfrut, do tego brzoskwinie, morele, goździki i kardamon. Taka mieszanka sprawia, że po prostu ciężko się mu oprzeć. Jasne, nie pije się go lekko, w to ponad 10%, ale przecież cały wic polegał na tym, by się nim delektować. Ja sączyłem go z dobrą godzinę. Tylko po to, by celebrować każdą kropelkę. Urwało, oj urwało. [9,5]

CRAZY CLOWN – God Is Dead

Wanilia raz jeszcze, tym razem w piwie jasnym i to w dodatku Blondzie. Efekt? Zdecydowanie lepszy, niż przypuszczałem. Okazuje się, że słodziutka przyprawa całkiem ciekawie komponuje się z morelami i goździkami. Piwo jest słodkie, gładkie, kremowe, zwieńczone pokaźną dawką fenoli skąpanych w waniliowym budyniu. [7,5]

MUFLON – Svetly Leżak 11

Jeszcze jeden Pils, kolejny pyszny, choć nieco inaczej skomponowany, niż Dekan 11. Muflon stawia na wyraźniejszą słodową podbudowę, stąd zbożowe akcenty bardzo wyraźnie odciskają piętno na smaku. Nie ma tu jednak mowy o pominięciu chmielu. Zielona roślinka zarówno wnosi sporo do zapachu (zioła i las), jak i smaku, zapewniając subtelny goryczkowy finisz. [8]

JIHLAVSKY RADNICNI – Ignac

Jeden czeski Pils jako kontrprzykład czeskiej nieomylności w temacie Pilsa. Chmielowość w smaku i zapachu się zgadza, ale kartonowe utlenienie już niekoniecznie. Niby pije się go przyjemnie, ale pod warunkiem, że nos przyzwyczai się do charakterystycznego aromatu. No czyli tak se o. [5]

WEIHENSTEPHANER – Vitus

Na zakończenie imprezy zamówiłem sobie coś z zupełnie innej bajki – klasykę Weizenbocka. Pyszną, dodajmy, a mówi wam to koleś, który za tym stylem nie przepada. Aromat bardziej Weizenowy, ze sporą dawką bananów, z lekka podbitych karmelem. W smaku zaś po gardle rozlewa się ciągutka krówka, uzupełniona odrobiną bananów. O jakie dobre! [8]

(Visited 359 times, 1 visits today)

2 komentarze na temat “SALON PIVA 2017 – multirecenzja piw

  1. Jerry, WEIHENSTEPHANER – Vitus, MUFLON – Svetly Leżak 11, U SV. STEPANA – Dekan 11 idzie gdzieś dostać w czeskich sklepach?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *