Tych piw raczej unikam

Z piwem jak z seksem: niby zawsze fajne, ale są takie style czy dodatki, których wolimy unikać. Oto moja smutna lista.

Nie wiem, czy też tak mieliście na początku swojej przygody z dobrym piwem, ale mnie smakowało praktycznie każde, pod warunkiem oczywiście, że nie miało wad, a browar nie pożałował najlepszych surowców. Niezależnie, czy był to Pils, Weizen, IPA czy Stout – brałem wszystko jak leci i wielbiłem. Bo w końcu „dobrze zrobione piwo, to dobrze zrobione piwo; niezależnie od stylu”.

Oczywiście, powyższe zdanie jest całkowicie prawdziwe i cały czas się pod nim podpisuję. Jednak na pewnym etapie włącza ci się myślenie: „po cholerę sięgasz po styl x czy piwo z dodatkiem y, skoro wiesz, że nie będą ci smakowały?”. Odpowiedzą początkowo była „wszechstronność”. Jeśli chcesz pisać, edukować o piwie. Jeśli masz być specjalistą, musisz znać całe spektrum piwnego świata.

Jasne, nie zjadłem jeszcze wszystkich rozumów i cały czas się uczę, ale w sumie przyznałem sam przed sobą, że nie muszę wiedzieć wszystkiego = nie muszę pić wszystkiego jak leci. Doba się skraca, lata lecą, wytrzymałość spada… Można więc śmiało sobie powiedzieć: są piwa, których nie polubię, choćby nie wiem, jak były dobrze zrobione. Docenię, pochwalę, dam łapkę w górę, ale nie będę orędownikiem.

Postanowiłem zrobić listę piw i dodatków, których staram się unikać na swojej piwnej drodze. Ciekawe, ile z nich znalazłoby się w waszym, analogicznym spisie. Dajcie znać, jakie style wy omijacie szerokim łukiem.

UWAGA: jakom rzekł wcześniej, nie ma na tej liście hasła „piwo z wadami”, gdyż to logiczne, że takowego wolałbym nie pić. Choć w sumie taki diacetyl czy siareczka w Pilsie potrafią być spoko. 😉

Koncernowy Lager

Rozpoczynam od oczywistości, ale chciałbym ją poprzeć argumentem. Ujmę to tak: teoretycznie widzę wyjałowionego Lagera z koncernów na mapie spożycia miłośników piwa w sytuacjach pod tytułem „koszenie trawy” czy „grill u Janusza”. Serio. Posiada on jednak jedną wadę, która sprawia, że ja odrzucam go z miejsca. Nie jest to często występujący DMS, nie jest diacetyl, ni siarka. Najważniejszy problem Eurolagera to przegazowanie. Ten styl jest tak mocno napchany dwutlenkiem węgla, że przy większym łyku wyłazi nosem. No to jak to ma być przyjemne i gaszące pragnienie?!

Bock

Autentycznie jest mi przykro, że nie lubię Bocka. Tym bardziej, że wersje Rauch i Eis grzeją moje serduszko, a warto też dodać, że w czasach przedkraftowych Koźlaki pozwalały oderwać się od koncernowej szarzyzny. Niemniej jednak większość z tych dostępnych na rynku jest mdła, „przypalona”, zbyt słodka, rzadko przełamana solidną goryczką (którą można uświadczyć w niektórych niemieckich przykładach Bocka). Przez co po prostu Koźlak nie jest w stanie obecnie spełnić żadnej funkcji w moim piwnym życiu.

Brut IPA

Każda branża do życia potrzebuje, by „się działo”. Co w krafcie jest o tyle łatwe, że tworzą go kreatywne i zdolne osoby. Nie dziwi więc, że co jakiś czas na rynku pojawia się jakiś nowy styl/podstyl. W moim odczuciu wśród ostatnich Brut IPA jest jednym z najmniej udanych i nie wróżę mu przyszłości. Odfermentowanie do „0” piwa, które dodatkowo wypłukane jest z akcentów słodowych i goryczkowych czyni to piwo kompletnie bezpłciowym w smaku, choćby nie wiadomo jak pięknie by pachniało.

Milkshake IPA

Sytuacja z tym stylem jest o tyle ciekawa, że początkowo mi odpowiadał, szczególnie w połączeniu z owocami typu truskawka czy mango. Jednak po degustacji dziesiątek reprezentantów w roku 2018 (wszak to był jednej z tych stylów, które królowały na piwnej mapie Polski) stwierdzam, że te piwa nie mają sensu. Po prostu. Kompozycja złożona z (w teorii) mocno chmielowego piwa, owoców – nie raz kwaśnych i słodkawej, mdłej laktozy rozbija mi się o zdrowy rozsądek. Dodam, że IPA z owocem akceptuję. Jednak grzecznie proszę o odstrzelanie zeń cukru mlecznego.

American Pils

Kocham dobre Pilsy za ich czystość (mam na myśli brak estrów) i klasyczną chmielowość, opartą na nutach ziołowych. Uwielbiam też lekkie piwa z Ameryką w tle, gdzie nowofalowy chmiel fajnie współgra z produktami fermentacji. Właśnie z tego powodu American Pils jest dla mnie gatunkiem niepotrzebnym. Nie ma estrów (a jeśli ma, to znak, że ktoś zawalił fermentację), które IMO są obowiązkowym dodatkiem nowofalowej mieszkanki chmielów. Nie ma też rześkości, za którą cenię najlepsze Pilsy. Ergo: ja za ten styl grzecznie podziękuję.

Piwa z tonką

Jeden z tych dodatków, które się kocha, albo nienawidzi. No chyba, że jest się mną, wtedy ma się rozdwojenie jaźni, jednak z lekkim naciskiem na „nienawidzi”. Podejrzewam, iż moim głównym problemem w piwach z tonką jest fakt, że piwowar nie szczypie się w tańcu i wali tę odmianę fasoli w ilości urągającej ludzkiej godności. Umówmy się: marcepan to nie jest aromat, którego najbardziej poszukuję w Stoutach i Porterach (to z nimi tonkę paruje się najczęściej). Może pojawić się w tle, może uzupełnić paletę aromatów, ale na Boga, niech nie przykrywa wszystkiego! Well, być może to nie wina piwowarów, a po prostu dodatku, który jak już się pojawia, to jedzie po bandzie…

Piwa z dynią

Piwa dyniowe nigdy nie były moimi ulubieńcami i nie sądzę, by to się kiedykolwiek miało zmienić. Przeszkadza mi w nich przede wszystkim mdły charakter, który dynia wnosi zawsze, nawet jeśli ją wcześniej upieczemy. W dodatku wszystkie atuty takiego trunku pochodzą tak naprawdę z przypraw. No to ja się pytam: po cholerę tam ta dynia? Czy jedynie po to, by usprawiedliwić dodanie gałki muszkatołowej czy imbiru? A daj pan spokój…

Piwa Rum BA

Nie lubię destylatów i co mi pan zrobisz? Nie pijam whisky, bourbonów, brandy, cognaku czy rumu. Tego ostatniego nie piję z podwójną zawziętością, której do końca nie jestem w stanie uargumentować. Po prostu mi nie smakuje, może przez skojarzenie z melasą (słuszne, ze względu na proces produkcji), która ni jak mi nie pasuje do alkoholowego posmaku. Beczka po rumie wnosi ją do piwa, a dodatkowo najbardziej agresywnie (może obok brandy) otula nasz ulubiony napój wyrazistą alkoholowością Dlatego, jeśli tylko mogę, unikam piw Rum BA. A że zazwyczaj nie mogę…

Huell Melon Single Hop

Zacznę od tego, byśmy się dobrze zrozumieli, że ja do chmielu Huell Melon nic nie mam. Jest na tyle oryginalny i ciekawy, że przy mądrze skomponowanej mieszance odmian znajdzie się dla niego miejsce, jednak jako solóweczka nie daje rady. Jest mdły, nużący, mulący. Ewidentnie potrzebuje przełamania. Moim zdaniem do tej kategorii (choć oczywiście nie w takim stopniu) zaliczyć trzeba Sorachi Ace, Mandarina Bavaria czy trochę także Sabro.

Double IPA (klasyczne)

Długo się zastanawiałem, czy na tej liście zapisać podwójne IPA (klasyczne, nie mówię o tych nowoczesnych, kosmicznie nachmielonych). W ciągu ostatniego 1,5 roku wypiłem dosłownie jedno (JEDNO!), które mi posmakowało (we Włoszech). Reszta męczy mnie ciężarem i słodyczą, bardzo rzadko przełamywaną goryczką. Co więcej, mam chyba pecha, gdyż zazwyczaj konsumowane przeze mnie Double IPA noszą znamiona utlenienia. Ech, mimo że nie lubię hasła „DDH”, to chyba będę musiał zostać przy rej wariacji.

(Visited 1 684 times, 4 visits today)

3 komentarze na temat “Tych piw raczej unikam

  1. Milk stout, po prostu nie lubię słodkich stoutów. Jeśli ma być coś słodkiego to czekoladowa słodowość musi wystarczyć, mleczne akcenty nie pasują mi za cholerę, nawet jeśli jest dodana też kawa. Ale czasami się oszukuję licząc, że jednak mi posmakuje, no i kupię, czasem nawet jest w porządku, ale to jednak nie to co porządny popielniczkowy stoucik.

  2. W temacie dyni… a lubisz/konsumujesz dynię poza piwem? Ja akurat nie jestem zwolennikiem przedobrzenia z przyprawami w piwie z dynią, a to ma często miejsce idąc tropem amerykańskich inspiracji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *