Jerry Radlery, czyli zamknął się cykl piwnego kraftu

A przynajmniej dla mnie. I wcale nie jest mi z tego powodu głupio.

Muszę Wam wyznać, że nie cierpię wirtuozów gitary elektrycznej. Nie to, że nie cenię ich techniki, zgrabności we fruwaniu palcami ponad gryfem i wręcz maszynowego wyczucia rytmu. Ba, w jakimś sensie pewnie im zazdroszczę, że doszli do takiej perfekcji w swojej pasji i – jakby nie było – pracy. Mam z nimi problem, ponieważ w zdecydowanej większości nie znają umiaru, a swoje umiejętności rzadko kiedy przekuwają w dobre piosenki. A czy nie o dobre piosenki w tym wszystkim chodzi?

Na tę chwilę przychodzi mi do głowy jeden wyjątek: Joe Satriani. Facet ma kilka płyt (lata 80., głównie) i wcieleń (G3 w każdej odsłonie), gdzie jest wyraźnie męczący, niesłuchalny, mdły, przegięty. Jednak im dalej w las, im Satch starszy, tym bardziej stonowane, w pewnym sensie prostsze, a przede wszystkim bardziej melodyjne kompozycje tworzy.

Natrafiłem kiedyś na wywiad z Joe, w którym tłumaczy, dlaczego dziś gra tak, a nie inaczej. Odpowiedź jest prosta: bo może. Bo wie, jakie ma możliwości, ale też wie, co jest dla zdecydowanej większości słuchaczy najważniejsze: piękna melodia, zapamiętywalne riffy i solówki, które mimo popisów głównego bohatera wpadają w ucho. Są – jakbyśmy to w piwnym świecie powiedzieli – sesyjne i pijalne. Chce się je chłeptać hetolitrami/płytami i nigdy się nie znudzą.

Satriani w przełożeniu na piwo

Przykład Satcha przywołuję nie bez kozery, acz jako słuchacz, a nie autor, wszak gitarzysta ze mnie żaden, a i przed piwowar na pewno nie postawiłbym sobie przymiotnika „dobry”. Od pewnego czasu otwarcie przyznałem się sam przed sobą, że zamknął się dla mnie pewien cykl mojej piwnej przygody.

To nie RISy jarają mnie najbardziej. To nie na nowości czekam z zapartym tchem. To nie ekstrema sprawiają, że piwna gęba uśmiecha mi się najszerzej. Dziś wracam do stylów, którymi jeśli nie gardziłem, to przynajmniej olewałem je traktując jako mało interesujące. Nie razi mnie również to, co dzieje się na rynku piwa rzemieślniczego, choć na myśl o niektórych zjawiskach ortodoksi zgrzytają zębami.

Oto trzy proste dowody, że poprzez wszystkie Ipy, Risy czy Barrel Ejdże doszedłem do punktu wyjścia. Tyle że bardziej świadomy.

„Pijcie Pilsy i Lagery, do cholery!”

Ten sławetny slogan, który pojawił sie dwa lata temu na stoisku jednego z browarów regionalnych (Racibórz? Chyba tak…) w czasie WFDP wtedy wzbudzał we mnie (i nie tylko) uśmiech politowania, dziś śmieję się jedynie na myśl o wołającym, nie zaś o samym haśle.

Bo oto – uwaga, wynalazłem koło – doszedłem do wniosku, że zwykły, prosty Pils to najlepszy gatunek na świecie. Odpowiednio pijany, idealnie zbożowy, w punkt nachmielony na aromat i goryczkę, nagazowany jak ta lala, spełniający wszelkie warunki pijalności i sesyjności, o które przecież nam w gruncie rzeczy chodzi. Wyobrażam sobie życie bez Imperialnych Stoutów, ale gdyby mi ktoś zabrał wszystkie Pilsy…

Owoce i radlery

A pamiętacie, co nas śmieszyło najbardziej wśród tych, co to na piwie się nie znają? A to, że chcą do piwa soczku, albo szukają piwerek owocowych, bo zwykłe to za gorzkie. Co sami obecnie robimy? W co drugim piwie ląduje jakiś owoc. 😉

Ja wiem, my to robimy „z pasją”, dajemy w pełni naturalne owoce, obierane „tymi ręcyma”, albo pod postacią pulp, przecierów i soków. Zazwyczaj wrzucamy je na leżakowanie lub gotowanie, a nie pakujemy do gotowego produktu. Jednak umówmy się – idea jest ta sama. Nadać piwu smaku i aromatu, którego w inny sposób albo nie wyciągniemy, albo będzie nam kosmicznie trudno.

No i bardzo fajnie! Bawmy się, korzystajmy z dobrodziejstw Matki Natury i cieszmy się owocami w piwie. A po przekopywaniu grządek na działce nie czujmy obciachu, gdy w naszych rękach wyląduje Radler. Ja na ten przykład w upalne dni wręcz ubóstwiam owocowego Okocimia, który IMO idealny łączy lemoniadową słodycz i kwaskowość z umiarkowanymi akcentami piwa. Gasi pragnienie, sprawia przyjemność. Ja wiem – na sam widok składu wątroba lekko łka, ale i tak lepsze to, niż zapijanie upału Colą. Przeto apeluję o zaprzestanie odsądzania Radlerów i im podobnych od czci i wiary. One także mają swoje miejsce na mapie piwnego świata.

Dostępne = fajne

Początki rewolucji nieodzownie kojarzą mi się z poczuciem, nazwijmy to, elitarności. Nie na zasadzie: Ty pijesz Taterkę toś buc (choć poniekąd tak, gdyż przez pewien czas miałem ewangelizacyjne zapędy), ale raczej: „fajnie, że piję piwa, o których mało kto słyszał”. Tym samym „Jestem fajniejszy, bo mogę pochwalić się wiedzą i doświadczeniami, których większość z ludzi nie zaznała”. Ba, sądzę, że dzisiejsi ultra Beer Geecy, fanatycy wymian w pewnym stopniu kierują się takimi samymi prawidłami. I Boże broń, nic w tym złego.

Chciałbym jeno pokazać pewien wyłom w moim myśleniu. O ile kiedyś niepojętą dla mnie była ogólna dostępność kraftu – bo w sumie po co, skoro lud i tak nie wie, co pije, a i tak pewnie nie kupi, bo drogie – o tyle dziś traktuję ją jako wspaniały znak czasu, naturalny krok, który pokazuje, że ruch rozhulany naszymi wspólnymi siłami, ma sens. Że nawet „ci, co się znają” jedynie na Namysłowie, chętniej sięgają po coś nowego, uczą się smaków, pytają się starszych stażem geeków po co sięgnąć. I to jest jeszcze fajniejsze, niż wzajemna adoracja w gronie tylko tych, którzy mają o piwie jako takie pojęcie.

Ale, ale!

Na koniec moich wywodów chciałbym mieć pewność, że zostałem dobrze zrozumiany. Nadal jarają mnie świetne RISy z dodatkami, nadal kocham eksperymenty (podkreślam, to ja wymyśliłem te cholerne bycze jaja w piwie, właśnie z powodu piwowarskiej ciekawości), wciąż cenię goryczkę w IPA, a i za mało dostępnymi wypustami lubię się porozglądać.

Sęk w tym, że akcenty w piwnym życiu porozkładały mi się zupełnie inaczej. Jedni powiedzą „starość”, inni „dojrzałość”, a ja sobie powiem „moizm”. Życzę więc, by i Wam udało się dorobić takiego piwnego moizmu, pełnej świadomości i – przy okazji – luzu, który sprawi, że piwo znów stanie się po prostu przyjemne.

(Visited 1 626 times, 1 visits today)

8 komentarzy na temat “Jerry Radlery, czyli zamknął się cykl piwnego kraftu

  1. Ja pierdziu ! Mam tak samo, no może prawie bo radlery to dalej poziom „hard”. Po siedmiu latach piwnej rewolucji
    i uganiania się za sztosami naszło mnie to co Ciebie. Wracam z zakupów z siateczką pełną cieszyńskiego Brackiego,
    Polskiego Ale z Okocimia czy innych w podobie . Korzyści ? Zwrotne butelki, koszty niższe o trzy-czwarte i błogi
    spokój. Znam się na piwie, wiem co w nim piszczy ale nie muszę zaliczać każdego nowego „kompotu” czy BA.
    A w razie czego w lochu leżakuje 70 różnych porterów i RISów, tak na wszelki wypadek 🙂
    Pozdrawiam serdecznie Jacek

  2. Polecam iść do fizycznej ciężkiej pracy-np takie 8h stania przy linii produkcyjnej-gdzie nogi z tyłka już wyłażą, gdzie jesteś odmóżdżony całkowicie i wracając ( 40 min w autobusie )musisz stać-bo jest tłum i wchodzisz do domku i otwierasz…no własnie-co otwierasz? Jakieś ipy sripy cięzkie i męczące-czy jasnego pilsa/lagera schłodzonego i gaszącego pragnienie? Warto popróbować ( tylko nie jeden dzień pracy 🙂 )
    javiki

  3. jak się chleje codziennie po 2-3 browarki to nie ma dziwne, że już się to wszystko przejadło ;-))) Nie myślałem nigdy, że to napiszę ale BALANS to jest słowo klucz. Ja tam się tego trzymam i jeszcze mi się nie znudziło.

    • Ależ mnie się nic nie przejadło, bo nawet nie mam czasu pić tylu piw. 🙂 Po prostu po tych wszystkich doświadczeniach doszedłem do wniosku, że dobry Pils to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. 😉

  4. Ostatnio na grillu piłem pilsa z koncernu i oprócz tego, że cholernie mi się odbijało już po wypiciu 1/3 butelki, to w tym piwie nie było nic… pustka totalna. Parę dni później trafiłem na Pilsa z Trzech Kumpli. O! To jest Pils, pomyślałem. Wypiłem i… no qrde, nędza panie. Dla mnie żaden pils nie ma startu do PanIPAni, Maverika, Jucy Delight, Rowling Jacka, Ataku Chmielu… itd. itp. oraz całej masy Vermont IPA czy Stoutów. I nie, nie potrzebuję byczych jaj, chilli i innych śliwek w piwie, ale pisanie, że pils jest „w punkt nachmielony i nagazowany jak ta lala” to mało wiarygodne i wzbudza podejrzenia o chęć wzbudzenia kontrowersji i fali komentarzy (co jak widać po części się udało 😉 ). Natomiast pewien problem, polegający na coraz większym „udziwnianiu” piw, które faktycznie przybiera czasem formy karykaturalne, faktycznie w polskim krafcie jest. Ale żeby pils był na to odpowiedzią?! Błagam.

    • Podpisuję się pod tym postem, jednak z pytaniem do Jerry’ego – jakie konkretnie pilsy z aktualnie dostępnych w PL spełniają wskazane przez Ciebie warunki? „Odpowiednio pijany, idealnie zbożowy, w punkt nachmielony na aromat i goryczkę, nagazowany jak ta lala”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *