BAMBERG – piwna stolica nie taka wędzona

Jedno z najsłynniejszych piwnych miast w Niemczech cieszy nie tylko osławionym zapachem słodu wędzonego bukiem, ale także pierwszorzędnymi Lagerami i cudowną starówką.

Z Bambergiem miałem trochę jak z tatuażem, który od kilku dni wreszcie zdobi moje łapsko. Zbierałem się do podróży/dziarania od dobrych kilku lat, ale jakoś tak nie było okazji/odwagi. Szczęśliwie Dziewczęcie ma w sobie to coś, że wali po plecach, mobilizując do działania, skuteczniej niż ktokolwiek inny. W efekcie we wrześniu odhaczyłem z dawna planowane zadania do wykonania przed trzydziestką.

Jako że po Niemczech poruszałem się po raz pierwszy w roli kierowcy, oczywiście muszę wyrazić zachwyt nad tamtejszymi autostradami. Bamberg od Wrocławia dzieli jakieś 550 km, a nam podróż zajęła niecałe 5 godzin, z poprawką na postój w Dreźnie. Wbiliśmy tam, by zabrać jakieś dziewczę, które złapało nas na Bla Bla Carze. Polecam ten styl – dzięki wożeniu dodatkowych pasażerów podróż w dwie strony wyniosła nas… 15 zł na głowę. Można?

Rekomenduję również korzystanie z AirBnb, czyli portalu, za pośrednictwem którego można wynająć pokój/mieszkanie u osób nie mających nic wspólnego z hotelarstwem. To opcja zazwyczaj zauważalnie tańsza od hotelu (w przypadku Bambergu – jakieś 15 Euro, jeśli dobrze pamiętam), a niekoniecznie mniej komfortowa. Tryb oszczędnościowy zawsze spoko, zwłaszcza jeśli ma się na co wydawać kasę na miejscu.

BAMBERG Z POZIOMU TURYSTY

Bamberg to niewielkie (70 tys. mieszkańców) miasto położone w północnej części Bawarii. Jak podpowiada Wikipedia, jego historia sięga X wieku, a wyraźny rozwój zaczęło notować już jedno stulecie później. Historia szczęśliwie nie przejechała się po owym zbyt mocno, dlatego do dziś można podziwiać niewiele młodszą od Polski archikatedrę św. Piotra i św. Jerzego. Widok z dziedzińca owej jako żywo przypomina mi najlepsze RPG. Aż chciałoby się zacząć skakać po dachach ulokowanych niżej budynków!

Zresztą całe Stare Miasto (ciężko powiedzieć, czy Bamberg ma w ogóle „Nowe Miasto”) przyprawia o szybsze bicie serca. Majestatyczne, pięknie odnowione kamieniczki, wąskie ulice, mnóstwo mostów, kanały, którymi pływają gondole, spiętrzenia wodne, do tego zamek na jednym ze wzgórz… Nie trudno dać się porwać magii tego miejsca. Dziewczęcie, które rok swojej pracy spędziło w Alzacji twierdzi, że to i tak pikuś w porównaniu z tamtejszymi miastami, ale i tak miałem problemy z pozbieraniem szczęki z podłoża.

Zwłaszcza, że każdy zakamarek Bambergu jest zadbany, odświeżony, bez krztyny śmiecia na ulicy. Być może dlatego, że w tym rejonie jeszcze nie zapałano miłością do imigrantów. Jakiż stosunek do owych mają mieszkańcy miasta? Zacytuję pewną tyradę lekko podpitego koleżki, którego spotkaliśmy w Schlenkerli: „Wy, Polacy, jesteście mądrzy, bo nie daliście sobie wejść na głowę i wpuścić ich do siebie. Niemcy to debile. Ja mam przyjacielskie nastawienie do świata, ale ich [imigrantów] nienawidzę.” To tak gwoli narzekania, jacy to niby jesteśmy w „Tymkraju” „zacofani.” 😉

Faktycznie, śniadych przybyszów ze Wschodu bliższego i dalszego tu jak na lekarstwo (łatwo ich poznać po kociej muzyce dobiegającej z lokalów albo samochodów). Dominują za to turyści maści wszelakiej, w tym polskiej. Na jednym z jarmarków łatwiej było nam usłyszeć rodzime narzecze, niż język niemiecki. Łamanej angielszczyzny też nie brakowało. Sporo nasłuchałem się o miernych umiejętnościach Niemców w tym temacie. I choć trudno uznawać ich za orłów, to bez problemu można dogadać się z każdym.

PIWO

Nam było o tyle łatwo, że głównie gadaliśmy z nimi o piwie. „Chcę to”. „Lane, nie z butelki”. „Aha, czyli że Bock to dopiero w październiku?”. Niemcy większą wagę przykładają do sezonowości, przez co na miejscu nie znaleźliśmy żadnego koźlaka: ani wędzonego, ani klasycznego. Królowały za to Märzeny, już gotowe na Oktoberfest (dla przypomnienia – zaczynający się we wrześniu). Oprócz tego oczywiście cała gama Weizenów, Hellesów i – dobry Boże – Ungespundetes. Dość niespodziewanie muszę stwierdzić, że Bamberg stoi zarówno wędzonką, co świeżym jasnym Lagerem. Jeśli nadal twierdzicie, że przedrewolucyjne piwowarstwo jest mało seksowne, polecam wizytę w bamberskich lokalach.

A propos owych – jako Polak przyzwyczajony do siedzenia w knajpie do późnych godzin wieczornych, zaskoczon byłem faktem, że po 22 większość lokali się zamyka. Ba, niektóre mają tak śmieszne godziny otwarcia, jak 10-14, z kolei inne są nieczynne w sobotę.

 W tym miejscu mała dygresja, którą czynię po każdej wizycie zagranicą. Co prawda sam jestem zwolennikiem wolnego handlu i raczej preferuję, by w niedzielę sklepy były otwarte, to jednak zawsze bawi mnie krzyk „nowoczesnej” strony Polski, która nie chce dopuścić do zamknięcia owych w siódmy dzień tygodnia. Zaprawdę powiadam Wam: Wasi idole z Zachodu już dawno to zrobili i jakoś nikt z tego powodu nie płacze.

No dobra, nie przyjechaliśmy jednak do Bambergu dywagować nad stanem świata, a napić się dobrego piwa. I piliśmy wyłącznie takie.

Mahr’s Bräu

Wyprawę rozpoczęliśmy od browaru położonego najbliżej nas (no prawie, ten najbliższy był zamknięty z powodu urlopu). Przyjemna restauracja ze schludnym ogródkiem skusiła nas dwoma piwami. Ungespunderes to jakiś kosmos. Cudownie świeże, pachnące ziołami i zbożem, w smaku kuszące delikatnym wysyceniem, takową goryczką, chmielowymi akcentami i gładką słodową podbudową. Nie to, żebym był specjalistą od stylu, ale ten reprezentant zerwał mi papę z dachu. [9]

Takiego wrażenia nie zrobił na mnie Weizen, dość jednowymiarowy. W zapachu cały nacisk położony jest na goździka, w smaku – na ciasto chlebowe. Trudno tu doszukiwać się wad, ale o rześkość nie sposób posądzić. A przecież na orzeźwienie liczymy, mocząc usta w Pszenicy, czyż nie? [5,5]

Schlenkerla

O tym, że zbliżamy się do Mekki, wiedzieliśmy już kilkadziesiąt metrów wcześniej. Ulice pełne turystów (sądząc po akcencie – w większości Anglików i Irlandczyków) wiodą do ślicznego (jak zresztą większość) budynku, nad którym wisi słynny napis. W środku trudno znaleźć wolne miejsce. Większość odwiedzających stoi więc w kolejce do okienka, w którym wydają miejscowego Märzena. Szczęśliwcy – haha, to my! – znajdują jednak wolny stolik i oprócz piwa, mogą zamówić paszę.

Marcowe to IMO najsłabszy z klasyków Kuternogi, ale i on daje radę. Może i brakuje mu treściwości, za to aromatu oscypka odmówić nie sposób. Lekkie melanoidyny przyjemnie korespondują z wędzonką wypełniającą usta. Całość wieńczy smukła goryczka. [7] Zdecydowanie lepszy jest wędzony Weizen. Banany, goździki, wędzony ser, a całość nad wyraz rześka, lekka, pijalna. [8]

Jednak najlepszy w drużynie jest… destylat z Marcowego. To klasowa łycha, która posmakuje nawet przeciwnikom trunku. Aromat oferuje miks dębiny, wanilii i wędzonki, zaś smak nadzwyczajną wręcz słodycz oraz umiarkowaną dawkę alkoholu. Nie powiem, że pije się go jak soczek, ale odnotowuję przyjemność zdecydowanie większą od zakładanej.

Aha, jeśli chodzi o żarcie to polecam duszoną cebulę, nafaszerowaną mięsem mielonym i wspomaganą sałatką z ziemniaków. 😉

Ambräusianum

Zaraz za ścianą Schlenkerli mieści się kolejny browar.Miejscowy Helles to czysta poezja. Kwiaty, zioła, dosłownie odrobina zboża, do tego kapitalna świeżość smaku zwieńczona krótką, lekką goryczką. Pychotka! [8]

Zdecydowanie nie podszedł mi za to Keller. Aromat zleżałego starego zboża to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Pić się da, wszak trunek jest nad wyraz sesyjny, ale by się owym jarać? No nie bardzo. [5]

Fässla

Miejscówka położona naprzeciwko Speziala, o którym za chwilę. Wybór bardzo mikry, ograniczony do Kellera, Pilsa Hellesa. Ten pierwszy przypomina raczej czeską odsłonę: sporo w nim diacetylu, goryczki tyle, co kot napłakał. Na plus zaliczę pijalność i ładny chmielowy akcent w aromacie. [5]

Lepszy jest Helles, w którym rządzą kwiaty, zarówno w aromacie, jak i smaku. Do tego niezła słodowa podbudowa i krótka goryczka. Mogłoby być bardziej rześkie, ale i tak daję plusika. [6,5]

Klosterbräu

Malowniczo położony browar kusi dwoma ciemnymi piwami. Schwarzbier ma wszystko, czego wymaga się od gatunku, może oprócz koloru. Chleb tostowy, czekolada, trochę ziół, do tego lekka goryczka i kwaskowość od słodów. Piłem z przyjemnością. [7]

Brunne też niczego nie brakuje. Ciekawy orzechowy wtręt w aromacie, do tego sporo ziół i goryczki. Minusem jest tylko błąkający się po nosie i języku diacetyl. [6.5]

Spezial

Drugi „wędzony” browar z Bambergu. W zastanej formie moim zdaniem lepszy od Schlenkerli. Weissbier to królestwo bananów, z lekka podwędzane, ciekawie mieszające słodycz z kawskowością. [7]

Märzena Kuternoga mógłby się od Speziala uczyć, bo i wędzonka jest tu bardziej dobitna, i ciasto tostowe świeższe, a i zaskakująca nuta orzechowa robi swoje. Dodajcie do tego większą treściwość i będziecie mieli odpowiedź, dlaczego autorów owego cenię mocniej od ich słynnych kolegów. [9]

Pozytywnie zaskoczył mnie Rauchlager, także o niebo lepszy od Schlenkerlowego. Wędzonka króluje tu w aromacie i smaku, na modłę szynkową. Nie brakuje zbożowej podbudowy i akcentu chmielowego. Lepiej nie widzę. [8]

Ungespundetes to z kolei jedyne niewędzone piwo w ofercie, ale takoż godne uwagi. Piwowar niezwykle szczodrze sypnął chmielu na aromat, przez co pierwszy wdech omamił mnie cytrusowością niczym w APA. Podobnie w smaku, gdzie pojawia się też ziołowość i lekka goryczka. Zboża także nie brakuje, ale gra ono drugorzędną rolę. [8,5]

Keesman

Sternla Lagerbiera udało mi się wypić w jednej z bamberskich restauracji. To bardzo świeże piwo, pełne odchmielowych aromatów, przede wszystkim kwiatów i ziół, ale pojawia się tu także troszkę cytryny. W smaku otrzymujemy połączenie chmielowości z… lekko opiekanymi tostami. No proszę – ciekawe to! [7]

Kaiserdom

Ostatni na mapie (mowa o czynnych w czasie naszej wizyty) lokal, połączony z restauracją. Ciekawostka: na miejscu po raz pierwszy spróbowaliśmy bakławy, czyli tradycyjnego deseru tureckiego. Wbrew obawom nie jest tak słodki, jak kutia – dodatek miodu równoważy tu płynąca z orzechów goryczka i umami.

A co z piwami? Keller trafił nam się utleniony (lekki mokry karton), ale nie brakło w nim ziół i kwiatów. Czuć jednak, że piwo było stare, bowiem nie gwarantowało pożądanego odświeżenia. [5,5]

Niczego nie brakowało za to Dunkelowi. Mocno kawowy, czekoladowy, intensywny w aromacie. Z kolei w smaku idzie w kierunku wytrawności, podbitej odsłodową goryczką. Trudno o nim mówić „pijalny”, za to „satysfakcjonujący” – jak najbardziej. [7]

**

Duch kompletysty tym razem u mnie nie wygrał z powodu braku czasu, ale nic to – nadrobi się kolejnym razem. Bamberg, mimo że jest małym miasteczkiem, to jednak zdecydowanie warto do niego wracać. Co uczynię na pewno, ale już po trzydziestce. 😉

3 komentarze na temat “BAMBERG – piwna stolica nie taka wędzona

  1. A jak wygląda cenowo piwko w bambergu?:) bo ja byłem w Straubingu i wcale jakoś przesadnie drogie to one nie są:)

    Fajny wpis 🙂 dzięki;)

    • Schlenkerla z dębowej bezki w lokalu firmowym na Dominikanerstrasse kosztuj 2,80 E, tak samo „a U” w marh’sie, najdroższe piwo to chyba Schwarzla z Klosterbrau za 3,30. A ja wyjedziesz 3 przystaki za Bamberg na wioskę to napijesz się Ungespundetes i rauchbiera za 2,10-2,70 E (Kundmuller, Wagner/Hummel z Merkendorfu, Knoblach, Goller)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *