VIKING BREWMASTER CHALLENGE 2017 – relacja

Piwowarski piknik z drobną rywalizacją w tle – tego mi było trzeba.

O konkursie Viking Malt – nowego „operatora” słodowni w Strzegomiu – dowiedziałem się w czerwcu. Zadzwonił wtedy do mnie Paweł Leszczyński, który obecnie pracuje dla znanego producenta słodu, z pytaniem, czy mam ochotę wziąć udział w ciekawym wydarzeniu jako bloger. A dlaczegóż miałbym nie mieć? Przedstawiona idea mi się spodobała, więc ochoczo wyraziłem zgodę.

A z grubsza miało to wyglądać tak: cztery drużyny po cztery osoby warzą w Strzegomiu piwo w stylu NE IPA (wybór tyleż modny, co niezbyt trafny jeśli chce się pokazać możliwości słodów). Po kilku tygodniach odbywa się finał w Warszawie, w czasie którego wybrane zostanie najlepsze z czterech piw, a zwycięzcy okryją się blaskiem wiekuistej chwały, choć i pozostałe ekipy nie odejdą z kwitkiem.

Rozochociłem się tym bardziej, gdy dowiedziałem się, kto będzie członkiem drużyn. Kapitanami zostaną zawodowi piwowarzy – w tej roli Łukasz Kierski z Ziemi Obiecanej, Wojtek Solipiwko z browaru Solipiwko, Andrzej Kiryziuk z Radugi i Mateusz Kupracz z Nepomucena. Do tego dojdą piwowarzy domowi: Andrzej Miler, Dawid Bobryk, Janek Gadomski i Mariusz Bystryk oraz blogerzy: ja, Docent, Dorota Chrapek Bartek Nowak. Z kolei za sprawą konkursu do drużyn dołączą: Piotr Czarny, Bartek Filipiuk, Łukasz Leoniuk i Adam Szewczyk. Losowanie czwórek nastąpi przed rozpoczęciem konkursu.

PRZYGOTOWUJEMY SIĘ

Ale zanim rozpoczęła się sama zabawa, urządziliśmy sobie dzień wcześniej mały beforek w hotelu (ci, co zdążyli, zwiedzili też słodownię). Fajnie było spotkać znane mordeczki oraz poznać tych, których do tej pory namierzyłem jedynie Facebookowo. Początkowo dominowały rozmowy o piwie, ale gdy owo z ust przeniosło się do krwioobiegu, atmosfera wyraźnie się rozluźniła i można było pogadać o wszystkim. Takie integracje to ja rozumiem!

Byliśmy jednak bardzo grzeczni, ponieważ dzień później o 9:00 miały ruszyć rozgrywki. Na wstępie organizatorzy raz jeszcze przypomnieli zasady, a następnie, pod czujnym okiem prowadzącego, czyli Kopyra, rozlosowano drużyny. Ja trafiłem do ekipy z Łukaszem Kierskim, Dawidem Bobrykiem i Bartkiem Filipiukiem.

Moc ekipy pokazaliśmy już w rundzie wstępnej: 29 pytaniach, za które zdobywało się punkty. Zdobyliśmy ich bodajże 20, dzięki czemu mogliśmy śmiało pohasać przy wyborze dodatkowego sprzętu. Postawiliśmy na sracz-wężyk do wysładzania (nikt nie lubi fałszywego dna), Brewmeistera do przygotowania wody do wysładzania, jodowy wskaźnik skrobi, woreczek muślinowy i jeden z kwasów dla obniżenia pH.

Tak przygotowani ruszyliśmy do układania receptury. Jako sie rzekło, zasyp to banał. Podstawę stanowił słód pilzneński, do tego płatki owsiane dla uzyskania „mgły” i odrobina słodu dekstrynującego. Łukasz, spec od drożdży, zasugerował, by z dostępnych szczepów wybrać dwa, FM 10 i FM 11, które wspólnie dają najlepszy efekt jeśli chodzi o profil aromatyczny, poziom odfermentowania oraz flokulację.

A chmiele? W opór! Jeśli moje notatki nie kłamią, wybór padł na miks Galaxy (bo tropiki), Citrę i Mosaic, wszystkie wrzucone na whirlpool. Do tego odrobina Tettnanga, by wspomóc przełom i zapewić odrobinę goryczki z gotowania. Zarządziliśmy również bombę chmielową na leżakowanie. Tu pamiętam tylko Galaxy, Citrę i Centenniala, acz wydaje mi się, że wytypowaliśmy coś jeszcze. Nie ważne. Ważne, że zaszczepiona drożdżami brzeczka miała kolor zielony…

Trzeba sobie w życiu radzić, prawda? 😉

WARZYMY

Jednak zanim do tego doszło, musieliśmy to dziadostwo zatrzeć i uwarzyć. Sroga ilość płatków owsianych przytkała filtrację, przez co w pewnym momencie musieliśmy zrezygnować ze wstępnego klarowania, ponieważ bez naruszenia zbitego na beton złoża nie szło nic wycisnąć. Finalnie zaskoczyła nas wydajność procesu. Zamiast zakładanych 15-16 Plato po warzeniu osiągnęliśmy… 19 Blg.

Samo warzenie poszło jak z płatka, w przeciwieństwie do przygód naszych „rywali”. Jednej z drużyn palnik działał tak słabo, że jeszcze zacierała w chwili, gdy większość kończyła gotowanie. Do tego doszły problemy wszystkich z muchami.

O ile warzenie na wolnym powietrzu ma swój urok i dodaje emocji w czasie zawodów, o tyle w temacie przygotowania piwa nie jest – delikatnie mówiąc – optymalnym rozwiązaniem. Muszki, wszędzie muszki! Do tego liście lecące z drzew. Łowiliśmy te czarne cholery, ile się dało, ale gdy zaczęły lądować w brzeczce w czasie chłodzenia, nic nie dało się zrobić. Inne ekipy miały podobne problemy. Jeśli więc w czasie finału jakieś piwo będzie niezakażone, wszyscy gromadnie pójdziemy złożyć hołd opatrzności.

FINAŁ

A skoro już wspomniałem o finale, to już teraz chcę Was na niego zaprosić. Impreza odbędzie się 4 listopada w warszawskim multitapie The Taps. W jej ramach odpalimy i ocenimy wszystkie piwa, a następnie wspólnie wybierzemy najlepsze. Śmiało wpadajcie, by ocenić, jak za garami radzi sobie elita polskiego piwowarstwa i kilkoro przybłędów (mówię choćby o sobie i Docencie).

Sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie, ale wcale nie tak po cichu liczę, że wygramy. Przecież nie po to się gra, by nie zwyciężać, czyż nie? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *