Dwa podejścia do „Whiplash”

whiplash

Dobre filmy są jak piwo o wysokim ekstrakcie – muszą trochę poleżakować, by widz poczuł ich pełną moc.

PODEJŚCIE NR 1

Dwa tygodnie temu poszedłem wraz z Kobietą do kina na film „Whiplash”, tak chwalony przez krytyków i grono znajomych, którzy mieli okazję go widzieć wcześniej. A że historia, świetna, a że sporo dobrej muzyki, a że aktorzy grają znakomicie, a że temat oryginalny. No tak, w końcu do świata popkultury nie przedarło się zbyt wiele obrazów, których głównym bohaterem jest uczeń prestiżowej nowojorskiej szkoły jazzu

Jednak moje pierwsze podejście do „Whiplash” skończyło się może nie rozczarowaniem, ale na pewno pytaniem: czym tu do cholery się jarać? OK, cieszy, że Andrew (Miles Teller), główny bohater, to nie piękny i idealny „amerykański aryjczyk”, którym chce się stać każdy mieszkaniec kraju wujka Sama. To zwykły, niezbyt atrakcyjny chłopak, dokładnie taki, jak większość z nas. Wielkie wrażenie robi nauczyciel Fletcher, grany przez J.K. Simmonsa, postać wybitna, skrajna, ale o wielu twarzach. Świetnie, że tak mocno uwypuklono też muzykę, a szczególnie perkusję, instrument – mam wrażenie – równie niedoceniony wśród ogółu, co rzemieślnicze piwa.

Tyle że opowiedziana tam historia przy pierwszym kontakcie wydaje się banalna. Pokazana już milion razy walka ze samym sobą o to, by wejść na szczyt została tym razem ubrana w postać perkusisty. I co z tego? Parabola o tym, by ciągle się podnosić i przeć do przodu z zaciśniętymi zębami – widzieliśmy już to milion razy. Poświęcenie dobrze zapowiadającego się związku dla kariery to także jedna ze standardowych przyśpiewek kinematografii. A scena, w której rodzina Andrew cieszy się z miałkiego sukcesu jego kuzyna-futbolisty, zupełnie olewając realne osiągnięcia głównego bohatera? Dawno nie widziałem większej sztampy w filmie, który ma uchodzić za jedno z największych dzieł ostatnich 12 miesięcy.

PODEJŚCIE NR 2

Coś mnie jednak gryzło, jako widza. Chciałem koniecznie doszukać się choć namiastki geniuszu, o którym mówi się, komentując „Whiplash”. Być może jeszcze trochę by mi to zajęło, gdyby nie wywiad mojego byłego redakcyjnego kolegi Janka Błaszczaka z Janem Młynarskim (synem Wojciecha), polskiego perkusisty jazzowego, który – tak się składa – uczył się w takim konserwatorium muzycznym, jak Andrew. Co więcej, chodził na zajęcia z odpowiednikiem Fletchera.

Nie będę wam streszczał tego wywiadu, bowiem warto przeczytać go w całości. Chciałbym jednak podkreślić rzeczywistość, o której mówią dwa Janki. To, co widzimy w „Whiplash” nie jest w żadnej mierze przerysowane. Owszem, sporo w nim filmowych uproszczeń i niedopowiedzeń, w końcu nie wszystko da się opowiedzieć w niecałe dwie godziny. Brak tu podkreślenia, że sadystyczni mistrzowie, to jedynie niewielki procent uczących w szkołach. Że teoretycznie w każdej chwili, podczas oceny pracy nauczycielskiej, abiturienci mogą wystawić im miażdżącą ocenę, co w efekcie doprowadzi do ich zwolnienia.

A jednak tego nie robią. Fletcher wylatuje dopiero wtedy, gdy Andrew zostaje ZMUSZONY do złożenia zeznań dotyczących jego metod – w innym wypadku nie pisnąłby ani słowa. Dlaczego? Ponieważ jego nauczyciel to człowiek, który „ma efekty”. Jest brutalny i bezczelny. Prosi się o to, by podnieść na niego rękę, albo po prostu wybiec z płaczem z jego zajęć i już nigdy nie wrócić. Zdarzają się i takie sytuacje, jednak niezwykle rzadko.

I tu przechodzimy do odpowiedzi na pytanie o znakomitość „Whiplash”. Film ten pokazuje, że na szczyt dotrą tylko ci, którzy są twardzi jak skała, skupieni na swoim celu. Zwyciężą ci, którzy są w stanie przetrwać upokorzenia, upadki i przemoc. Którzy pokonają własne ciało, którzy widząc krew na swoich rękach, zacisną zęby i będą ćwiczyć dalej. Metody Fletchera mają ich zahartować, wydobyć z nich geniusz, uświadomić im, że są najlepsi. Jednak nie przez głaskanie, a przez agresję. On wie, że musi ich nauczyć postawy „ja wam pokażę”. Wie, że jeśli chcesz osiągnąć mistrzostwo, musisz się postawić rzeczywistości, a nie czekać, aż cię pogłaszcze.

Ważna jest jeszcze jedna obserwacja. Otóż Fletcher to owszem, tyran, ale tylko na zajęciach, wyłącznie jeśli chodzi o dążenie do muzycznego ideału. Poza szkołą i sceną, to normalny facet, z którym możesz spokojnie usiąść przy piwie i pogadać. Pokazuje, że twój największy rywal, by nie rzec wróg, może być twoim kumplem, jeśli nauczysz się rozdzielać sfery swojego życia.

Nadal twierdzę, że „Whiplash” to nie jest film idealny. Ciągle wydaje mi się, że można było trochę lepiej ułożyć historię w nim opowiedzianą, nawet jeśli nie ona jest tu najważniejsza. Uważam też, że muzyka sama w sobie mogła zająć w obrazie Damiena Chazelle jeszcze ważniejsze miejsce. A w rolę Andrew powinien wcielić się człowiek, który naprawdę umie grać na perkusji (choć nie powiem – facet znakomicie poradził sobie z imitowaniem)*.

Uwagi te nie zmieniają faktu, że polecam „Whiplash” wszystkim, którzy szukają inspiracji w swoim dążeniu do podboju świata. Tak sążnistego kopa nie da wam żaden film.

*edit: otrzymuję info, że Miles Teller jednak umie grać na perkusji i to jego wyczyny słyszymy w filmie. Well, ktoś w takim razie nie popisał się podczas montażu dźwięku, skoro nawet profesjonalni perkusiści dają się złapać i twierdzą, że to nie aktor tak wycina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *