Durant, czyli wrzód na tyłku NBA

fot. wikipedia

Najlepsza liga koszykarska świata to panteon gigantów, z którego Kevin Durant postanowił się sprytnie ewakuować.

Zarabianie na życie jako sportowiec jest dość specyficzną formą pracy. Niby jak każdy zjadacz chleba dążysz przede wszystkim do utrzymania siebie i rodziny oraz zapewnienia spokojnej emerytury, ale jako element wielkich igrzysk masz na sobie ogromną odpowiedzialność moralną. Miliony ludzi patrzą na Ciebie, bo mają Cię za wzór. Presja, skutecznie nakręcana okołosportowym marketingiem jest tak wielka, że aż nie mogę się zgodzić ze zdaniem Kuby Błaszczykowskiego, który uważa, że sportowcy zarabiają za dużo. Moim zdaniem adekwatnie do tego, czego się od nich wymaga i na co się narażają w przypadku niepowodzeń.

GIGANCI TAŃCZĄ

Wśród sportów drużynowych pod tym względem wyróżnia się liga NBA. Od początku swojego istnienia kreuje rywalizacje opartą o walkę pomiędzy drużynami dowodzonymi przez wielkich liderów. Bill Russell, Kareem Abdul-Jabbar, Larry Bird, Michael Jordan, Kobe Bryant, Tim Duncan – przykłady można mnożyć.

Każdy z nich to postać pomnikowa, a jego nazwisko nieodłącznie kojarzone jest z jednym klubem, gdzie budował swoją legendę. Chyba największą udało się stworzyć genialnemu Jordanowi, który równe siedem lat walczył o pierwszy tytuł mistrzowski, zmagając się z przeciwnościami losu i geniuszem swoich konkurentów. Przez dłuższy czas natrafiał na zaporę nie do przejścia o nazwie Detroit Pistons, którzy skutecznie blokowali mu drogę do wielkiego finału.

Facet ani przez chwilę nie myślał o tym, by podziękować za uwagę i przenieść się do ekipy największego rywala. Konsekwentnie pracował wraz z drużyną nad podniesieniem poziomu sportowego Chicago Bulls, by wreszcie w 1991 roku sprawić bęcki Pistons, a późnie w finale odprawić z kwitkiem Los Angeles Lakers. Co było później – wszyscy wiemy. Jego Powietrzność triumfował sześć razy, a przy okazji dorobił się tytułu najlepszego koszykarza w dziejach.

WIELKOŚĆ MIMO PORAŻEK

Na nieco innym biegunie znajdują się osoby Karla Malone’a i Johna Stocktona, wielkich rywali Jordana w drugiej połowie lat 90. Tych dwóch genialnych koszykarzy rokrocznie musiało obchodzić się smakiem. Jak nie wyeliminowały ich drużyny z własnej konferencji, to dzieła zniszczenia dokonywał Michael w finale rozgrywek. Mimo to stali się legendami i do dziś uważani są za jednych z najlepszych (o ile nie najlepszych) na swoich pozycjach (silny skrzydłowy i rozgrywający) w historii ligi. Nawet bez mistrzostwa, które zresztą Malone w ostatnim roku kariery próbował bezskutecznie zdobyć w barwach Los Angeles Lakers.

W NBA tytanem stajesz się bowiem nie za samo mistrzostwo, a za wielką walkę. Sześć mistrzostw Jordana nie smakowałoby tak, gdyby nie porażki we wcześniejszych sezonach. On zbudował swoją wielkość nie tylko genialnymi linijkami statystycznymi, ale przede wszystkim wytrwałością, odpornością psychiczną i gotowością, by przejąć odpowiedzialność za dobro drużyny tu i teraz.

TCHÓRZ!

Piszę o tym, ponieważ chcę podkreślić, jak bardzo gardzę decyzją Kevina Duranta. Facet właśnie zwiał z drużyny, która od lat pracowała na niego, Oklahoma City Thunder, do największego obecnie rywala w Konferencji Zachodniej – Golden State Warriors. Ekipy, którą – przypomnę – Durant miał już na łopatkach w finale swojej połówki rozgrywek i nie potrafił jej dobić mimo trzech szans.

Kevin, mimo całego koszykarskiego geniuszu, jaki niewątpliwie posiada, nigdy nie był i nie będzie liderem, choć bardzo tego chciał. Gubiła go gorąca głowa, która w trudnych meczach podpowiadała mu „rzucaj chłopie ile wlezie – na pewno trafisz”. I nie trafiał, regularnie marnując kolejne okazje na przejście do historii.

Teraz jestem pewien, że nie przejdzie. Zamiast walczyć z własnymi słabościami i docenić ogromną pracę drużyny, która rokrocznie wzmacnia mu skład, Durant po prostu podziękował za uwagę i przeszedł do najmocniejszej ekipy w historii NBA (przypomnę rekordowy bilans 73-9 z zeszłego sezonu). Po to, by w końcu zdobyć swoje upragnione mistrzostwo.

Ja wiem, nie on pierwszy (patrz LeBron) i nie ostatni. Wiem, że mu wolno i ma pełne prawo sterować karierą według swojego uznania. Rozumiem, że Pierścień jest dla koszykarza największą wartością i bez niego nigdy nie poczuje się spełniony. Pytanie tylko, czy warto po niego sięgać tak wielkim kosztem – utratą szacunku i w pewnym sensie godności wielkiego sportowca. Rozburzeniem pomnika.

KONSEKWENCJE

Nie wiem, czy Durant może zmazać taką plamę w życiorysie. Czy zdobycie tytułu MVP i kilku mistrzostw NBA nagle odczaruje jego wizerunek. W jego oczach pewnie tak, ale czy wśród fanów koszykówki na całym świecie?

Najlepsze jest to, że nawet fani GSW są powściągliwi w temacie dołączenia Durantuli do ich drużyny. Wielkość Wojowników polegała na tym, że zbudowali team od podstaw, w dużej mierze poprzez mądre wybory w drafcie. Dokooptowanie Kevina do składu narusza także nieskazitelność ich zespołu.

Razem z tym transferem cierpi też wizerunek NBA jako ligi wielkiej rywalizacji i budowania personalnych legend. Hall Of Fame straciła właśnie moralnie potężną personę. Przyszłoroczny sezon zaś nutkę niepewności – Golden State musieliby być totalnymi frajerami, by nie wygrać mistrzostwa. I przyznam, że z całego serca tegoż frajerstwa im życzę.

6 komentarzy na temat “Durant, czyli wrzód na tyłku NBA

  1. Po pierwsze, bardzo niefortunne jest wymienianie jako te „dobre przykłady” Oscara Robertsona i Kareema, ponieważ właśnie oni są przypadkami podobnymi do Duranta. Big O budował swoją legendę w Cincinnati, ale przez 10 lat odbijał się od ściany, po czym dołączył do… Kareema w Milwaukee, gdzie oczywiście zdobył tytuł. Kareem z kolei po zakończeniu kariery przez Robertsona zażądał wymiany do Lakers.
    Po drugie, czy na pewno Oklahoma co roku wzmacnia skład? A kto wymienił w ramach oszczędności Hardena? Dlaczego 2 tygodnie temu oddano do Orlando Ibakę? Prawda jest niestety taka, że Bennett, właściciel Thunder unika jak ognia płacenia podatków od luksusu i szuka oszczędności. Może więc te ruchy po prostu nie podobały się Durantowi?
    Po trzecie, patrzysz na tę decyzję z perspektywy kibica podając przykłady heroicznych (przegranych) bojów Malone’a i Stocktona, ale może oni pomimo tej swojej lojalności, żałują z perspektywy czasu, że nie spróbowali innej drogi. Sportowcy przede wszystkim chcą wygrywać, bo nie ma nic bardziej frustrującego niż porażka i poklepywanie „nic się nie stało”. Garnett wielokrotnie podkreślał, że żałuje, że nie odszedł szybciej z Minnesoty, bo kariera jest krótka.
    Wreszcie po czwarte, łatwo jest krytykować Duranta i podawać dla kontrastu Jordana, Birda czy Kobego (choć ten ostatni chciał odejść z Lakers, tylko nie mógł, bo wiązał go kontrakt), ale prawda jest taka, że żaden z nich nie miał możliwości przejścia do tak dobrej drużyny. Czy 6 lat temu, jak LeBron z Wadem i Boshem robili dream team w Miami, gdyby mieli możliwość dorzucenia do Heat jeszcze dodatkowo np Chrisa Paula, to by tego nie zrobili? Nie zastanawialiby się ani chwili, bo chcieli stworzyć jak najlepszy zespół mając głęboko w… poważaniu opinie ludzi. Dodatkowo weźmy jeszcze pod uwagę presję z jaką teraz będą mierzyć się Warriors. Co będzie jak im się nie uda? Choćby z tego powodu Durant nie jest dla mnie tchórzem.

        • Ale to jednak inny klub. Kuriozalna sytuacja, bo w tym przypadku to nie był wybór zawodnika, ale mimo wszystko…

    • @Karpik – z Kareemem się nie zgodzę, wszak wcześniej zdobył mistrzostwo z Milwaukee, a same przenosiny do LA nie były poprzedzone „decyzją”. Robertson – tu masz rację, a jam jest debil, bo chciałem wpisać w to miejsce Billa Russella, a ręce władowały co innego. 😀 Zatem kajam się i zmieniam.
      Ad. „drugie” – ostatni ruch z wymianą Ibaki uważam za dobry, zwłaszcza w kontekście rozwoju Kantera i Adamsa. IMO do stytlu B. Donovana Oladipo pasuje idealnie. A ruch z Hardenem? Kontrowersyjny, ale tu mieliśmy zbyt wiele grzybów w barszczu, by to się mogło udać.
      Ad. „trzecie” – nie chce mi się odpowiadać. 😉
      Ad. „czwarte” – z całego serca życzę, by się nie udało, tak jak życzyłem tego Miami. 😉

  2. Ja dużo bardziej gardzę Wade’m i jego decyzją o przenosinach do Chicago. A podawanie za przykłady Russela, Birda i Johnsona nie ma sensu, bo za ich czasów nie istniało coś takiego jak free agency. Nie mogli sobie pograć razem, bo przepisy im na to nie pozwalały. Ale gdyby mogli, to jestem pewien, że któryś by się skusił na przejście do innej drużyny i masakrowanie ligi z kolegami 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *