NBA: najciekawszy sezon od lat

Do jego końca zostało jeszcze sporo czasu, ale po niedawnych wydarzeniach nie mam wątpliwości: oto oglądamy najciekawszy sezon NBA ostatnich kilku(nastu?) lat!

Regularne śledzenie NBA to karkołomne zajęcie: musisz zarywać nocki, siedzieć w tabelkach Basketball Reference i obserwować połowę Stanów Zjednoczonych (plus kilkunastu polskich zapaleńców) na Twitterze, by ciągle być na bieżąco. Jednak to, co dzieje się w najlepszej lidze koszykarskiej świata w sezonie 2014/2015 po stokroć wynagradza te „trudy”. Już wyjaśniam, dlaczego.

  1. Intensywne trade deadline

Okej, podobnie jak w przypadku kilku poprzednich sezonów żadna wielka gwiazda nie zmieniła barw klubowych, ale ilość przetasowań i ich możliwy wpływ na kształt ligi sprawiają, że wieczór 19 lutego śledziło się z zapartym tchem. Były transfery marud chcących zmienić klub (Goran Dragić z Phoenix do Miami), było wzmocnienie mojej ulubionej drużyny Portland (Aaron Afflalo i Alonzo Gee pozyskani z Denver), nie brakło powrotu legendy na stare śmieci – mowa o transferze Kevina Garnetta z Brooklynu do Minnesoty.

  1. Emocjonujący All-Star Weekend

Nowojorską zabawę zapamiętam z trzech powodów. Po pierwsze nowej formuły meczu żółtodziobów, w której to Reszta Świata ograła pewnych siebie Amerykanów. Po drugie konkurs wsadów, rozegrany na starych zasadach, w którym triumfował koleżka w pełni zasługujący na miano akrobaty – Zach LaVine był niesamowity! Po trzecie znakomity mecz All-Star Game, podczas którego padła rekordowa liczba punktów (w sumie 321), a Russell Westbrook był o krok od wyrównania najlepszego dotychczasowego osiągnięcia – rzucił 41 oczek.

  1. Trzynastu contenderów

Dawno nie było tak wyrównanego sezonu! Weekend Gwiazd minął, a w walce o play-offy pozostają aż 22 drużyny! W dodatku 13 z nich z powodzeniem może zostać przyszłym mistrzem NBA – mam na myśli całą pierwszą ósemkę Zachodu oraz pierwszą piątkę Wschodu. Serio, wierzę, że nawet Wizards są w stanie dojechać do samego finału!

  1. Golden State Warriors

To najwspanialsza historia tego sezonu, a może i kilku ostatnich lat. Drużyna, która przed sezonem zmieniła trenera na absolutnego debiutanta, Steve’a Kerra, która przez pół roku wahała się odnowić kontrakt z jedną ze swoich młodych gwiazd (myślę o Klayu Thompsonie), od początku rozgrywek rządzi i dzieli. Steph Curry stał się koszykarzem kompletnym, godnym tytułu MVP, Klay pobił rekord w liczbie zdobytych punktów w jednej kwarcie (37 w meczu z Sacramento), a Draymond Green nagle stał się czołowym skrzydłowym ligi. Czego chcieć więcej?

  1. Narodziny gwiazd

Skoro już przy Greenie jesteśmy, to powiedzmy sobie o innym fenomenie tego sezonu, a mianowicie wybuchu formy wśród facetów, o których przeciętny zjadacz NBA mało co słyszał. Hassan Whiteside, Langston Galloway czy wspomniani Green oraz LaVine to faceci, którzy ni z gruchy, ni z pietruchy trafili na pierwsze strony portali koszykarskich. Właśnie za to kocham NBA!

  1. Wschód wcale nie taki słaby

Większość komentatorów do znudzenia powtarza, że Konferencja Wschodnia jest beznadziejna, nudna i że Zachód połyka ją bez popity. Tymczasem takie teamy, jak Atlanta, Toronto, Chicago, Washington czy Cleveland pokazują malkontentom faka i walczą z drużynami z lewej części mapy jak równi z równymi.

  1. Lakers i Knicks na dnie

Nie cierpię tych ekip za szastanie pieniędzmi i brak ogłady. Uwielbiam patrzeć, gdy pewni siebie Lakersi i dumni Knicksi szorują parkiet po dużo lepszych drużynach. Wiem, że to wredne, zdaję sobie sprawę, że nie potrwa wiecznie, ale i tak cieszę się jak cholera!

  1. Szachy z kontuzjami

Wiadomo, to przykra sprawa, gdy jakiś gracz robi sobie krzywdę i musi odpuścić sobie kilkanaście tygodni (czy nawet miesięcy) gry. W tym sezonie ich liczba doprawdy zatrważa. Jednak z tego powodu managerowie i trenerzy klubów NBA muszą wznieść się na wyżyny taktyki i zarządzania, by utrzymać w rękach stery. Efekt? Otrzymujemy widowisko, w którym ważniejszymi od pojedynczych gwiazd, są całe drużyny – patrz fenomenalna Atlanta Hawks.

A co na ten temat sądzą piwni fani koszykówki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *