Czego nie znaleziono w celi Trynkiewicza

Burago_model

Gdzie moje Burago?!, fot. sxc.hu/Buckey

A już myślałem, że uda mi się odzyskać to, co kiedyś zgubiłem.

Mariusz Trynkiewicz stał się mamą Madzi Anno Domini 2014 i aż dziw bierze, że gawiedź drugi raz daje się nabrać na medialny spektakl, który zamiast uwypuklać realne problemy, skutecznie je trywializuje. Kwintesencją całej akcji są domniemane znaleziska w celi „potwora z Piotrkowa” – ktoś zresztą skutecznie obśmiał ów absurd na facebookowym profilu „Rzeczy z celi Trynkiewicza, o których nie miałeś pojęcia.

Ja jednak nie o nim. Przy okazji tych wszystkich odkryć postanowiłem zrobić sobie listę rzeczy, które ze względu na moje roztrzepanie (jestem wybitnym znawcą tej sztuki), zapadły się pod ziemię i zapewne już raczej się nie odnajdą. Zabrakłoby mi bloga, gdybym porwał się na opisanie każdej z nich, więc zaznajomię cię raptem z kilkoma, które w jakiś sposób były dla mnie ważne.

Czerwony resorak Burago – wspaniałe to były czasy, gdy chłopcy samochodami bawili się na dywanie, a nie na ekranie komputera. Ja miałem całe mnóstwo autek, ale najbardziej ceniłem sobie czerwone Lamborghini (koniecznie wymawiane jako „lambordżini”!) – konkretnego modelu już nie pamiętam – które, oczywiście, było lepsze od wszystkich innych resoraków z kolekcji. Miało prześliczny spojler z tyłu, drapieżny wygląd maski, a dodatkowo „napęd” na tylne koła. Samochodzik zjeździł ze mną setki kilometrów po wszystkich zakamarkach domu, aż wreszcie wcięło go podczas malowania mojego pokoju.

Zeszyt z autografami – zbieranie autografów obecnie dla mnie jest czynnością zabawną, bo cóż nam z podpisu kogoś znanego? Preferuję budowanie sentymentu poprzez wspólne zdjęcia z gwiazdami, albo po prostu… zapoznanie się z nimi. Niemniej w wieku gimnazjalno-licealnym zeszycik z różową (sic!) okładką stanowił dla mnie wielki skarb. Kolekcjonowałem w nim podpisy, kogo tylko mogłem, a najbardziej ucieszyły mnie autografy polskich siatkarzy, Mariusza Wlazłego i Michała Winiarskiego, które zdobyłem w 2005 roku w Rzeszowie. Pamiątka miała przywędrować ze mną do Krakowa, gdzie przeprowadziłem się na studia, ale zaginęła w bliżej nieokreślonych okolicznościach.

Gra „Harry Potter i kamień filozoficzny” – gdy jeszcze nie było torrentów, ani innych stron pozwalających nam łamać prawo za darmo, po gry chodziło się do „znajomego znajomego”, który za 25 zł wypalał ci płytę z komputerowym programem. Jednak na któreś mikołajki Starszyzna Plemienna postanowiła sprawić mi prezent – kupić prawdziwą, oryginalną grę! Jako że byłem wielkim fanem Harry’ego Pottera, otrzymałem pierwszą część jego przygód. Ukończyłem ją w dwa dni – mama nie była zachwycona ilością czasu spędzonego przed pecetem. Mój kolega poprosił mnie o pożyczenie płyty, rozochocony przyniosłem ją więc do szkoły. Niestety, ktoś wypatrzył kolorowe pudełeczko w moim plecaku i pożyczył sobie na wieczne oddanie.

Jeden z numerów „Bravo Sport” – kupowałem tę (obecnie) szmirę od pierwszego numeru, co zresztą wstydu mi nie przynosi, bo na początku to była wcale niegłupia gazeta, przynajmniej jak dla kolesia z podstawówki. Każde wydanie czytałem od deski do deski, a później wkładałem w koszulkę i wpinałem do segregatora. Aż tu nagle, przeglądając archiwalia, odkryłem, że jeden numer wcięło. Nie ma, wyparował! Została po nim pusta koszulka oraz moje zdenerwowanie, bowiem – to jedna z mych przywar – muszę mieć wszystko uporządkowane, kompletne, nienaruszone… Tak się zasmuciłem, że zaprzestałem procederu zbierania „Bravo Sport”. Po co mi wybrakowana kolekcja?

Obecnie cierpię głównie z powodu zgubionego wolnego czasu, utraconych włosów i nadzwyczaj szybko znikających pieniędzy. Sądzę, że choćbym przeszukał wszystkie cele więzienne w tym kraju, żadnego z powyższych bym nie odnalazł. A ty jakiej zguby szukasz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *