Craft Beer Camp 2017 – w namiocie siła

Po raz kolejny potwierdziło się, że nie stadiony czy hale wystawowe, a zwykły kemping jest najlepszym środowiskiem dla piwnego festiwalu. Na CBC 2017 bawiliśmy się jak zwykle genialnie!

Craft Beer Camp 2017, Annopole, 23-24 czerwca 2017 r.

Gdy pracujesz w branży piwnej, wyjazdy na festiwale nie są już tak ekscytującym wydarzeniem, jak jeszcze kilka lat temu. Nie przeżywasz ich, nie myślisz nocami, co też ciekawego tam wypijesz, z kim się spotkasz. Ot, po prostu jedziesz, by się nieźle pobawić i być na bieżąco (a przy tym zazwyczaj także popracować). Nic w tym złego oczywiście, ale ów wstępniak piszę jako kontrapunkt do krótkiej gawędy o piątej odsłonie Craft Beer Camp.

Na imprezę w Annopolu, organizowaną przez ekipę browaru Gzub, po prostu się czeka. I to nie, że tydzień czy dwa, a zaraz po opuszczeniu granic gospodarstwa. I nie jest to sztucznie nadmuchany hajp, a efekt genialnej atmosfery, za którą odpowiadają zarówno organizatorzy, jak i uczestnicy. To były dwa (a w praktyce trzy) dni z doskonałym piwem i jeszcze lepszymi ludźmi! Ale po kolei.

RING OF FIRE

Brokreacyjnym wozem, wraz z Mateo i Szymanem, wyruszyliśmy w kierunku Wielkopolski w czwartkowe popołudnie. Słońce prażyło, muzyka grała, a koła busa kręciły się po jak zwykle o tej porze zatłoczonej A4. W ramach rozluźnienia stosowaliśmy kurację piwną (oczywiście oprócz kierowcy ;)) i gadaliśmy o festiwalowych ekscesach, w międzyczasie wzruszając się zachodem słońca nad Korytnicą. Liczę naiwnie, że droga szybkiego ruchu pomiędzy Wrocławiem i Poznaniem powstanie w miarę wartko, ponieważ alternatywna trasa, starą DK 11, to gwarancja jakichś 6 godzin jazdy.

Tak też było w naszym przypadku. Na teren festiwalu dojechaliśmy po 22, rozłożyliśmy stoisko i namiot – już będąc pod wpływem, ale nie na tyle, by sobie jako tako z tym zadaniem poradzić. Szczególnie moje „jako tako” było efektowne: sam nie spodziewałem się takiej prowizorki po sobie. Nie ważne – ważne, że namiot stał i przetrzymał wiatry i deszcze.

Warto przy tej okazji wspomnieć właśnie o pogodzie. W zeszłym roku upał dał wszystkim po dupie, a ja dostałem nawet mini-udaru. W tym praktycznie cały czas było pod chmurką, ale ciepło – można było chodzić w T-shircie, spodenkach i sandałach. No chyba że akurat padał deszcz. Niezbyt obfity i w ogóle w niczym nie przeszkadzający (miałem pomysł na kąpiel a la Woodstock, ale za mało napadało). Jeśli więc kogoś wystraszył brak palmy, ten trąba i niech żałuje. 😉

Niezależnie od pogody w pierwszy wieczór odpaliliśmy resztki beczek Alchemika i Pielęgniarki, by ułatwić sobie integrację z już przybyłymi na miejsce browarami. Po raz pierwszy od dwóch lat do Annopola przyjechały browary z zagranicy – Tilmans z Niemiec (bardzo przyjemny Helles) i Raven z Czech (niczego sobie Coffee Stout). Ekipy równie rozrywkowe, co polski inwentarz, więc szybko znaleźliśmy wspólny język. A owym była niezawodna „Jolka”…

JOLKA JOLKA

Zresztą, wiekopomny hit Budki Suflera (przeczytajcie sobie jego tekst na spokojnie, później jeszcze raz, a na końcu odpowiedzcie na pytanie – o ch… tu chodzi? :P) towarzyszył nam przez cały pierwszy dzień, od początku, aż do zamknięcia imprezy.

Pomiędzy śpiewami raczyliśmy się piwami 14 browarów – oprócz gości przyjechał znany z zeszłorocznej edycji skład + browar Harpagan, z Jozefikiem w roli głównej. Trudno tu pisać o sensownych degustacjach, bo przecież nie po to jedzie się do Annopola, żeby się zachwycać piwami (a już na pewno w chwili, gdy jesteś wystawcą), ale pochwalić muszę choćby świetną wersję BA P.I.S. & Love od Birbanta (beczka po Bourbonie świetnie komponuje się z torfem), jak zwykle soczyste Misty od Trzech Kumpli, pełny, ale nie ulepkowaty Dark Side Of The Milk z Pracowni Piwa czy bardzo przyjemne APA z wanilią i limonką od Kraftwerka (za cholerę nie przypomnę sobie nazwy). Furorę robiło też kooperacyjne American Wheat od RavenaGzubów – może i nie jakoś przesadnie szałowe, ale za to rześkie i polewane z… arbuza. Sami popatrzcie. 😉

Jeśli nie piwo, to co? Ano na przykład piłeczka. Tym razem gospodarze oddzielili teren dla amatorów piłki kopanej, dzięki czemu mecze można było rozgrywać zawsze i wszędzie, bez potykania się o namioty. Ja zagrałem w sumie ze dwa, głównie za sprawą drobnych kontuzji, które zafundował moim stopom Prezes Górski do spółki z moją głupotą. On grał w korkach, ja w sandałach. On więcej niż na serio, ja niekoniecznie. W efekcie mam teraz opuchliznę na śródstopiu i dziurę pod paznokciem palucha. Z tego co widziałem, inni zawodnicy także mogli pochwalić się efektownymi opuchliznami, obiciami czy choćby okrutnymi zakwasami. Ale nikt nie narzekał – zabawa zabawą, ale piłka to nie miejsce dla marud!

FRID FROM DIZAJER

Cóż w takim razie zamiast piłki? Ano oczywiście rozmowy! Przez większość festiwalu balowaliśmy i dyskutowaliśmy z wesołą ekipą Kraftodajni, która w chwilach gdy na stoisku Brokreacji nie było nikogo z nas (a to akurat przez większość czasu :P) opiekowała się naszą sprzedażą. Sporo czasu spędziłem na pogawędkach z Pawłem z Kraftwerku, który stacjonował tuż koło mnie. Palnę wielką gafę, jeśli powiem publicznie, że chłopaki budują browar?

Cieszyłem się jak dziecko, gdym w Annopolu zobaczył Haneczkę, która dzielnie dbała o moje miłe rozkojarzenie i dobry humor (człowiek zapomniał, że tak jeszcze można :)), przy tym znacznie upiększając na wskroś męskie Brokreacyjne towarzystwo i ratując nasze żołądki przed niezbyt udaną jajecznicą z kuchni polowej. Śpiewem i dobrym słowem raczył niezawodny Dziku, fundując w niedzielny poranek piękną piosenkę, której refren zawiera mniej więcej takie słowa: „mogę się najebać z Tobą, kiedy tylko chcesz!” (to zdaje się „Stara Szkoła Wciągania”). Dziku może zawsze. 😉

Kuba Łukasz mężnie przezwyciężyli trudy imprezy, dzięki czemu udało się nam nagrać pierwszy odcinek na żywo Na Dnie Fermentora. Tym bardziej szczególny, że towarzyszyła nam publika, wśród której cudowną celnością strzałów z zabawkowego pistoletu popisały się Michały Kopik i Wardaszka. Występ szalony, ale IMO udany, możecie zobaczyć klikając tutaj.

W „Litanii do Zasłużonych na CBC” wymienić muszę też choćby Golemów, którzy częstowali koszulkami Atomowego Morświna, Alana, który tak skutecznie chodził spać, że… zapominał czy spał, oraz Pana DJa, który dzielnie naparzał „Freed From Desire” niejakiej Gali, który to hit polski kraft przejął od „Rannego Kakao”. I słusznie, bo trudno o lepszego podrywacza nóg.

KOŁA AUTOBUSU KRĘCĄ SIĘ

Czego mi zabrakło na tegorocznej edycji CBC? Przede wszystkim gromkiego odśpiewania zeszłorocznego hymnu. Piękna piosenka o autobusie straciła piedestał na rzecz Gali, co napawa mnie smutkiem. Muszę sobie pośpiewać ją solo, w domowym zaciszu.

Minusem, często podkreślanym przez uczestników, była pasza. OK, Chyży Wół to jak zwykle klasa sama w sobie, tyle że po ekspresowym wydaniu wszystkich porcji, ekipa food trucka musiała odmawiać przyjmowania zamówień. Na kuchni polowej po mocnym otwarciu (świetna grochówka i bigos) forma drastycznie spadła. Jajecznica ze skorupkami, zimne parówki, do tego nijaki żurek – tak się bawić nie będziemy! Pomijam już fakt kolejek, szczególnie do Woła, gdzie na zamówienie przyszło nam czekać chyba ze 2 godziny! Rozwiązanie? IMO więcej punktów gastronomicznych – innego nie widzę.

Przydałoby się odrobinę więcej sanitariatów, szczególnie do mycia części, których publicznie pokazywać nie wypada. Prysznice są trzy, z czego dwa dla pań i jeden dla panów (proporcje odwrotne do liczby przybyłych), co w kontekście kempingu złym wynikiem nie jest, ale jednak sprawia pewne problemy, gdy rano pragniesz zmyć z siebie kurz nocy letniej.

I to właściwie tyle w temacie uwag. Pozostałe elementy to czysta poezja, a genialna, luźna, ale cywilizowana atmosfera sprawiają, że Craft Beer Camp to zdecydowanie najprzyjemniejszy festiwal roku. Co niniejszym napisawszy, idę go odsypiać. 😉

Dildo tap 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *