Californication: finisz z impotencją

Dobrnąłem do końca serialu, który na początku uwielbiałem, a później modliłem się, by wyzionął ducha.

Mam to do siebie, że gdy już rozpocznę oglądanie danego serialu, to będę śledził go do samego końca emisji. Wszak puenta, finałowe uderzenie są przecież najważniejsze, czyż nie? Z tego powodu dzielnie trwałem przy Hanku Moodym, buhaju w średnim wieku tyleż inteligentnym i w jakimś sensie genialnym, co zupełnie nieogarniętym życiowo, powtarzającym ciągle te same błędy, brnącym w kłopoty identyczne do tych, z których właśnie się wykaraskał.

Pierwsze trzy sezony oglądałem z wielką przyjemnością: wyrazisty główny bohater, od którego każdy facet mógłby uczyć się gadki, mnóstwo wątków pobocznych, wiele smaczków odnoszących się do popkultury. Mnie najbardziej podobał się ten z drugiego sezonu, kiedy to Hank pracował z szalonym producentem muzycznym, Lew Ashbym, będącym odwzorowaniem Ricka Rubina (dla niepoznaki nie posiadał tak bujnej brody) – ich perfekcyjne dialogi przykuwały mnie do ekranu, podobnie jak wyuzdane rzymskie orgie, które odbywały się w rezydencji Lew.  Nie chodzi tu o sam erotyzm, raczej o wierne oddanie rzeczywistego życia tuzów przemysłu rozrywkowego z Los Angeles i okolic.

Późniejsze serie stały się niestety miałkim porno o powtarzającym się scenariuszu: Hank szuka pracy, gdyż w poprzedniej przeleciał nie tę kobietę, co powinien. Moody walczy o serce swojej ukochanej Karen, która co i rusz strzela focha (mniej lub bardziej słusznie) poznając jego kolejne wybryki. Becca, córka państwa, burzliwie dorasta, powtarzając błędy rodziców. Charlie Runkle ma problemy ze wzwodem, z kolei jego żona (przez chwilę nie-żona), Marcy chce się rżnąć tu i teraz. Spłukać, powtórzyć.

Finał nie przynosi zaskoczenia, bowiem – żeby nie zdradzać zbyt wielu szczegółów tym, którzy jeszcze nie widzieli – przenosi całą sytuację do początku. Kolejne katharsis, kolejny restart i, zakładam, kolejny początek dobrze znanych perypetii, których na szczęście już nie obejrzymy.

Nie wiem, co scenarzyści chcieli nam przez to pokazać: że historia lubi się powtarzać? Że ludzie uwielbiają oglądać wyszczekanych wiecznych chłopców, który pakują się w tarapaty, by później wykaraskać się z nich przy pomocy swojego uroku i przyjaciół? Zdaje się, że można to było zrobić w dwa sezony…

No pewnie, że będzie mi brakowało Hanka – to naprawdę spoko koleś, którego część cech chętnie zaadoptowałbym do swoich warunków. Za to pomysłów Davida Kapinosa brakować mi nie będzie – facet wyraźnie cierpi na artystyczną impotencję. Przykro mi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *