Beerweek Festival 03 od kuchni

Bieganie po drugiej stronie piwnego festiwalu to wyczerpujące zajęcie. Ale i cholernie satysfakcjonujące.

Mój piwny żywot nabrał takiego rozpędu, że nie mam kiedy pisać postów na blogu. Jednak nie marudzę, ponieważ przecież o to mi kurka chodziło, gdym zaczął tworzyć, a później dołączałem do Brokreacji. Nie spodziewałem się jednak, że tak szybko przyjdzie mi współorganizować jedno z największych wydarzeń piwnych w Polsce.

Oddajmy cesarzowi co cesarskie – moim zdaniem było garnięcie social media, press packu oraz scenicznych wydarzeń na feście. Za resztę odpowiadali MateuszFilip (ziomale z Brokreacji) oraz ekipa Piotrka KołodziejaSławka Andrukiewicza, którą znacie choćby z Silesia Beer Fest. Połączone siły przygotowały Beerweek Festival 03 – imprezę, którą chwalą wszyscy. No prawie. Wyłamuje się kilku malkontentów z grona „normików”, dla których ceny były oczywiście zbyt wysokie.

PRZYGODY PRZED FESTIWALEM

Skłamałbym, gdybym napisał, że festiwal został zorganizowany na wariackich papierach, wszak przygotowania wstępne ruszyły już we wrześniu (!) 2016 roku, a rumieńców nabrały w lutym. Tempo idealne, wszystko niemal dopięte. Sęk w tym, że brak ogarnięcia wśród miejskich urzędników w Królewskim Mieście Krakowie sprawił, że do końca kwietnia nie mieliśmy pewności, czy impreza się odbędzie, a już na pewno czy w zaplanowanej formule. Bez wdawania się w szczegóły – udało się. Jednak w efekcie zamiast leżeć do góry dupą przez ostatnie trzy tygodnie, trzeba było tyrać nad dopinaniem szczegółów i promocji.

Jest coś jednak w tym, że trudności, które napotyka się w czasie przygotowań bardziej mobilizują. W efekcie masz szansę przygotować lepszą imprezę, niż się spodziewałeś. I taka była w rzeczywistości.

NA CRACOVIĘ!

Na stadionie Cracovii (południowa strona krakowski Błoni) zameldowaliśmy się już w czwartek. Brokreacja rozstawiała nowe stoisko (5 godzin…), Pinta ze swoim kolosem nie była gorsza, do tego kwestie techniczne, takie jak scena, „podłoga” na trawie obok stadionu, nagłośnienie, kosze, kible, magazyn piwa… Pracy jest od cholery, nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele.

Słówko o wyborze miejsca. Pomijając kilku nadgorliwych kibiców Wisły, których noga – poza rzecz jasna derbami – na stadionie Cracovii postanąć nie może, wszyscy na jego widok podnieśli kciuk w górę. Stadion ulokowany jest przy alejach Trzech Wieszczów, jednej z głównych arterii komunikacyjnej miasta. O każdej porze dnia i nocy dojedziesz tu z dosłownie każdego punktu Krakowa.

Dodatkowo sam teren aż się prosi o imprezowe wykorzystanie. Potężny wystawowy teren pod trybuną boczną (w tym na zewnątrz, na wprost bramek), do tego kawał trawnika, na którym można było ulokować strefę relaksu, food trucki i kilku kolejnych wystawców, a także otwarte trybuny, w sam raz na chillout. Toalet od cholery, przestrzeni do przucupnięcia takoż – nie widzę lepiej.

JEDZIEMY Z FESTIWALEM

Popełniłem jeden koszmarny błąd (o powodach powiem kiedy indziej) – postanowiłem nie brać urlopu na czas festiwalu. W efekcie przez trzy dni spałem może z 5 godzin, po drodze zahaczając o 8-godzinną pracę z moimi klientami w agencji marketingowej. Człowiek to się jednak całe życie uczy na błędach. 😉

Piszę o tym nie po to, by się żalić, a raczej z powodu ogromu pracy, który nas czekał. Latanie od stoiska do stoiska, telefon rozgrzany do czerwoności, mnóstwo zbitych piątek i dyskusji prowadzonych w biegu. Tak w skrócie wyglądała moja obecność na Beerweeku. W efekcie po trzech – a tak naprawdę pięciu – dniach pracy stopy kosmicznie mi spuchły, a ja nie byłem w stanie postawić kroku bez bólu.

Nie byłem w stanie też – to już na samym festiwalu – skosztować zbyt wielu piw. Przelotem załapałem się na Raspberry SournessEscape ze Szpunta. Oj, kwasik to macie Panowie pierwszorzędny: bardzo owocowy, nieprzegięty, trochę słodki, trochę kwaśny, rześki. Polecam.  Odwiedziłem też festiwalowych debiutantów, Harpagana. Ekstaza Pramakaka pięknie pachniała obiecanym mango, ale do imitacji jogurtu owocowego jeszcze jej trochę brakuje. Wielkie propsy dla Piwojada za obie wersje Citrus Smoothie. Szczególnie wersja Single – ta, która zdobyła tytuł najlepszego piwa festiwalu – zasługuje na uznanie. Słodka, ale nie ulepkowata, mocno zestowa, gładka, z dominantą grejpfruta. Gdyby nie chmielowa goryczka, za nic nie potrafiłbym odróżnić od soku.

Piw oczywiście wypiłem więcej, ale jak babcię kocham – nie miałem czasu na sporządzenie notatek, więc nie jestem w stanie napisać nic więcej. Oprócz tego, że właściwie wszystkie mi smakowały i nie trafiłem na żadną wtopę.

NA PODSUMOWANIE

Nie wypada mi oceniać organizacji, ale myślę że i nam się udało uniknąć wpadek. Cała impreza przebiegła płynnie, bez większych problemów. Jedynym był deszcz, który spadł w piątkowy wieczór, najpierw utrudniając wykład, a później przerywając go na dobre Chmielobrodemu. Na szczęście udało się go przeprowadzić dzień później. Na pewno musimy zadbać o lepszy projektor i nagłośnienie – to wniosek płynący ze strony scenicznej.

A z pozostałych? Listę plusów i minusów przygotujemy, jak już odeśpimy ostatni weekend. Jednak zanim znów grzecznie położę się spać (a piszę te słowa w poniedziałek o 20:00), chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkim osobom zaangażowanym w organizację Beerweek Festival 03 za kawał dobrej roboty i pełne zaangażowanie przez całą imprezę. Nie może obejść się bez ukłonów dla Michała z blogu Chmielobrody, Dawida Browar Paragraf, Tomka z Piwnych Podróży, Kacpra z Piwnej Zwrotnicy i Grześka – Smakosza Grzegorza za świetne wykłady. Szacunek także dla Miniaka Mateusza Górskiego za poprowadzenie paneli dyskusyjnych, a także dla panelistów: Jacka Michny, Kuby Borowskiego, Alana Woyke, Pawła Łopaty, Łukasza Gustkiewicza, Kuby Rośka i Tomka Sygi. Dzięki Wam krakusi dowiedzieli się sporo na temat piwa rzemieślniczego – o to właśnie chodziło!

Wybaczcie chaotyczny charakter wpisu i pewną przypadkowość. Jego kształt oddaje w pełni to, jak czułem się przemykając po terenie Beerweeka. Że brzmi jak szalona, nieprzewidywalna praca? Owszem. Jednak przy tym niesamowicie przyjemna.

Szkło sztuk trzy

Nowe stoiska królowały w Krakowie. Na naszym lewitował m.in. Lutek (pozdro!)

Nowalijkę miała też Piwowarownia

BSM chyba swoje już gdzieś (w Warszawie?) pokazał…

A Piwojad zdaje się, że nie 😉

A w międzyczasie, na stadionowym Skyboksie – Wielki Test Nafciarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *