„Oportunista, cz.1” – opowiadanie

opowiadanie

Rzecz o tym, jak cholernie łatwo przekroczyć granice i jeszcze prościej umyć ręce.

Od czasu do czasu mam taką fazę, że piszę opowiadania. Coś mnie zainspiruje, zrodzi mi się we łbie pomysł, więc zaczynam skrobać. Często wychodzi z tego taka kaszana, że wstydzę się sam przed sobą. Jednak raz na jakiś czas uda mi się napisać coś niezłego. „Oportunista”, który powstał kilka lat temu jest jednym z opowiadań, którym chcę się przed Wami pochwalić. Oto pierwsza z trzech części.

***

„OPORTUNISTA”

No więc postanowiłem napisać kryminał, a że nie zaczyna się zdania od „no więc”… Wiadomo jakim się on zapowiadał – kawał grafomanii. Z drugiej strony zrozumcie pracownika wielkiej korporacji handlowej Dżonson i Synowie (kryptoreklama!), który całymi dniami musi siedzieć za biurkiem i odpisywać na maile tych wszystkich debili, którzy po zakupie skanera naszej firmy zorientowali się, że nie nadaje się on do robienia odbitek ich odbytów. Tak, bo to jest ta funkcja kopiarki, która – jak się okazuje – jest najbardziej pożądana.

Cóż może robić biedny pracownik działu „Rozwiązywanie Problemów Klienta”? Moja koleżanka Rejczyl na ten przykład dzierga sweterki dla swoich dwunastu kotów, znajomy Riczard studiuje książki o ogrodnictwie – chce zacząć hodować ziemniaki w doniczkach (jak się posiada mieszkanie na trzydziestym piętrze, to nie ma innego wyjścia). Ja postanowiłem napisać kryminał.

A miał być to kryminał taki, wiecie, z prawdziwego zdarzenia, co to Agacie Christie stringi by z wrażenia spadły pod warunkiem, że takowe nosiła. Po pierwsze – niesamowicie zawiła fabuła: nie wiadomo kim jest trup, ani kto zabił (w każdym razie na pewno nie ten, kto jest podejrzany jako pierwszy). Bohaterem zostałby przystojny młody detektyw na dorobku (w tej roli ja sam), który szukając sprawcy i motywu zaliczałby wszystkie samice dookoła. Zaraz… a może to miało być na odwrót? Zaliczając wszystkie samice szukałby sprawcy? Mniejsza o to. Ważne, że pisanie mi nie wyszło.

Przynajmniej nie „pisanie idealnego kryminału”. Bo oto przypadek – a te ma się rozumieć nie istnieją – sprawił, że pojawiła się kandydatka numer dwa: historia zgoła prostsza, oczywista i bez zgryzu dla czytelnika. Wszystko wiadomo już na początku. Miejsce zbrodni: łazienka skromnego mieszkania przy Sześćdziesiątej Dziewiątej; data zbrodni: 23 sierpnia 2009, nie znaleziono narzędzia. Motyw: właściwie brak, no ale gdyby już koniecznie coś podać to byłaby to zazdrość. Co jeszcze chcecie wiedzieć? Kim jest trup? Kto zabił? Proszę bardzo: to ja. Ja zabiłem Majka Smifa.

A detektyw? Piter Brałn – najlepszy, jakiego znam.

**

Problem w tym, że to jedyny detektyw jakiego znam. Dodatkowo słowo „detektyw” jest tu mocno nie na miejscu. Piter to bowiem świetny – co u nas jest synonimem „skutecznego” – adwokat, który czasami dla rozrywki lubi dochodzić prawdy o procesach, w których brał udział. I w których tę prawdę tak skutecznie tuszował.

Niski facet, o niezwykle grubych kościach, łysiejący na środku głowy, za to obdarzony gęstym wąsem, którego kłaczki pewnie chętnie przeniósłby kilkanaście centymetrów w górę. Siedział w swoim domowym biurze i pałaszował obiad pod tytułem „7 Wieśmaków i gigantyczny kubek Koka-Koli” – to zdaje się typowy happy meal dla czterdziestokilkulatków. Obok popielniczki spoczywało misternie zapakowane cygaro, zwijane na udach kubańskich dziewcząt – „wyczuwam lekką nutkę sromu” zwykł mawiać Piter, gdy zaczynał swój poobiedni rytuał spalania aromatycznego tytoniu i przy okazji zadymiania nim całego gabinetu. Skoro Mik Dżager mógł zjadać batonika wprost z cipki Marian Fejtful…

– Dżordż, Dżordż, Dżordż, co cię do mnie sprowadza? – zaczął zlizując resztkę majonezu ze swych wąsisk.
– Tęsknota za twymi plakatami, Pit, jak zawsze – zagaiłem w wyuczony sposób.

Musicie bowiem wiedzieć, że domowy gabinecik mojego ulubionego grubaska wyklejony był posterami co bardziej wyuzdanych kurw, które dziarsko prężyły swoje wdzięki w kierunku Pitera albo w niejednoznaczny sposób wypychały swe policzki przy użyciu języka i układały rączki w charakterystyczny walec. Brałn zachwycał się „swoimi dziewczynkami”, a każde docenienie gustu tapeciarskiego traktował jak największy komplement.

– Koli? Może bucha cygara? – zaproponował już wyraźnie zadowolony, przy okazji odpalając tę piekielną kubańską armatę.
– Nie, nie Pit. Właściwie to nie jestem głodny. Od wczorajszego wieczora jakoś nie za bardzo chce mi się jeść.
– Czyżbyś zbyt dużo wypił, przyjacielu? – znał mnie koleś na wylot, ale tym razem się pomylił.
– Nie do końca… Eee, moglibyśmy się przejść? Na zewnątrz? – postanowiłem nie zwlekać zbyt długo.
– Ale po co? Jeśli chcesz oglądać plakaty, to możesz to zrobić tylko tutaj.
– Stary, tym razem przychodzę z dodatkowym interesem.

Pit spochmurniał. Fakt, że to nie panienki wiszące na ścianie są obiektem mego największego zainteresowania wyraźnie zbił go z pantałyku. Z drugiej strony był przyzwyczajony do tego, że przychodzę doń po prośbie. Może liczył, że choć raz będzie inaczej…
– Okay, chodźmy – zarządził adwokat-detektyw.

Podeszliśmy do mojego starannie zaparkowanego Rendż Rołwera w małej alejce za kamienicą Pita.
– Co to do chuja ma być?! – wrzasnął Brałn, gdy otworzyłem bagażnik.
– Mój „dodatkowy interes” – szepnąłem próbując przywrócić zgubioną sekundę temu ciszę.
– Czy ciebie nie pojebało? Chcesz na niego panny wyrywać czy co? – to nie było mądre pytanie, Pit.
– Błagam cię, ciszej. Pomożesz mi coś z tym zrobić? – „kto inny jak nie ty?” dodałem w myślach.
– Ja pierdolę. Ja pierdolę! Najpierw racz mi wyjaśnić, co ten siny nieboszczyk robi w twoim aucie!

Już się robi! (Zamknij się wreszcie idioto!)

**

„Do wszystkich pracowników Dżonson i Synowie,

W przyszłym miesiącu podpisujemy umowę z Ejpl na dostarczanie dla nich matryc do aparatów w nowym modelu ajFona. W związku z tym będziemy potrzebowali nowego menedżera produktu, który zajmie się kontaktami z firmą Stiwa Dżobbsa. Zaszczytu pełnienia tej funkcji dostąpi najlepszy pracownik ostatniego kwartału.

Ogłoszenie wyników za tydzień.”

Och bogowie, ile ja na to czekałem! Byłem faworytem w wyścigu o nową pozycję – moi klienci albo byli bardzo nieporadni w robieniu sobie kopii dupy, albo po prostu zbyt dużo ważyli. Nieważne – mój przerób budził szacunek.

Tylko ten szczerzymorda, ten parszywy młody chujek Majk Smif. Dołączył do naszej firmy niecałe pół roku wcześniej, a już zdążył wylizać odbyty tym co trzeba, by móc włączyć się do walki o bycie nowym menedżerem produktu.

– Czytałeś już maila, Dżordż? – wyszczerzył do mnie swoją bieluchną klawiaturę, gdy spotkaliśmy się na korytarzu. – Jak myślisz, kogo wybiorą?
– Myślę, że wynik będzie sprawiedliwy i adekwatny do naszych osiągnięć – odpowiedziałem kurtuazyjnie jak zawsze. A przy okazji: jebał cię pies, Majk.
– Z pewnością, z pewnością – Smif poklepał mnie po ramieniu i poszedł w swoją stronę.

**

– Dobra, koleś był fiutem, też obiłbym mu z chęcią gębę. Ale żeby go zajebać? Na śmierć? Dżordż, ogarnij się! – jak się Pitowi opcja darcia i klęcia włączy, to nie ma zmiłuj.
– Daj mi, proszę, dokończyć. To nie takie proste – wymruczałem UKFem do ucha Brałna. Przynajmniej ja nie musiałem w tym towarzystwie krzyczeć. Wystarczy, że byłem kurewsko zdenerwowany.

**

Majka Smifa należało zlikwidować. Nie dosłownie, no ludzie, przecież, że nie. Raczej podkopać jego pozycje, zatkać mu ten mentalny odbyt, który wypinał we wszystkie strony, by tylko napaleni na takich pracowników, jak on, szefowie, mogli ulżyć swemu ego.

Obmyśliłem więc szatański plan – skompromituję dupka! Musicie wiedzieć, że w tym zawodzie trzeba mieć i mocną głowę, i twardy tyłek. Balangi korporacyjne to epicka rzecz, odbywają się nad wyraz często, a kto błyśnie podczas nich intelektem, oraz wytrzymałością na hektolitry alkoholu, ten może w glorii chwały przemierzać korytarze naszego szklanego domu w środku miasta. „Nie masz Majk mocnej głowy i ja ci to udowodnię” – pomyślałem przebiegle.

Lubię swoje mieszkanie przy Sześćdziesiątej Dziewiątej – ciche, spokojne, na dziesiątym piętrze, gdzie roztacza się miły widok na Sentral Park. Lubię je tak bardzo, że nie zapraszam tam nikogo, ale sytuacja wymagała poświęceń…

– Hej, co powiecie na domówkę u mnie w najbliższą niedzielę, czyli dwudziestego trzeciego? – ochoczo rzuciłem hasło na forum publicznym „Dżonson i Synowie”. – Będzie dużo alkoholu, dobra muzyka, miła atmosfera.
– No raczej, stary będziemy, pewnie, pewnie, łał, aha, zajebiście, impreza, zabawa, kuuuurde, ej noormaaaalnie, świetnie, że to zaproponowałeś, akurat nie mieliśmy co robić w weekend, koty można brać?, upiekę tort!, a ja przyniosę szkocką, co mi znajomy przysłał niedawno, oczywiście panie Pendulumo, my także wpadniemy – Łojezu,  kto by się spodziewał tylu reakcji na raz! Okej, im więcej ich przyjdzie, tym Majk się bardziej skompromituje.
– Smif, też wpadniesz, prawda? – musiałem się upewnić.
– No raczej, drogi kolego – uśmiechnął się cwaniacko.

Mam cię, skurwysynie!

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *