NUTA DO PIWA #3: starzy znajomi, nowe odsłony

NUTA DO PIWA 3

Jazda na traktorze, jesienna zaduma i grzeczny black metal – oto esencja trzeciej odsłony „Nuty do piwa”.

CASPIAN
„Dust & Disquiet”

caspian dust disquiet

Kocham ten zespół od pierwszej płyty i jestem rad, że dane mi było go zobaczyć na żywo w małej krakowskiej knajpce, zanim ktokolwiek o Caspianie usłyszał. Z atencją obserwowałem jego dojrzewanie i przemianę z kapeli nieogarniętej, nie do końca wiedzącej, co chce grać, w skład najpierw mroczny (album „Tertia”), a później łapiący w struny światło i radość „Waking Season”. Strzelam, że czwarta płyta Amerykanów też miała być wesoła i dynamiczna, tyle że po drodze zdarzyła się tragedia – niespodziewanie zmarł basista Chris Friedrich, współzałożyciel kapeli. „Dust & Disquiet” jest więc krążkiem naznaczonym aurą smutku i melancholii, dziełem wyciszonym i skromnym. Ale też pięknym. Panowie zaprosili do studia dodatkowych instrumentalistów (trąbka, skrzypce), którzy wspaniale dopasowują się do muzycznych pejzaży malowanych przez ekipę Caspian. Jestem absolutnie urzeczony tym wydawnictwem!

[Caspian „Sad Heart Of Mine”]

THE DEAD WEATHER
„Dodge And Burn”

the dead weather dodge burn

Od pierwszej płyty The Dead Weather tej kapeli coś dolegało, choć nie potrafiłem jednoznacznie wskazać owego elementu. Teraz już wiem. Kapela Jacka White’a brzmi jak kooperacja Breakoutu (dobrze) z Karin Stanek (źle). No kurde, ten niski, suchy głos Alison Mosshart za cholerę nie pasuje mi do riffu „I Feel Love”. Nie zrozumcie mnie źle – wielbię Alison w wydaniu The Kills, klęczę przed nią, gdy wraz z Jackiem wykonuje na żywo obłędną balladę „Will There Be Enough Water?”, ale gdy przychodzi jej śpiewać garażowy blues rock wychodzący spod palców White’a i Dean Fertity (na „Dodge And Burn” bliski miejscami pierwszym płytom Arctic Monkyes”), ja jestem zdecydowanie na „nie”.

[The Dead Weather „I Feel Love”]

DEAFHEAVEN
„New Bermuda”

deafheaven-newbermuda

Na wstępie chciałbym rzec, że Deafheaven to mój przyczynek do hipsterstwa – jarałem się nimi zanim to było modne. Gdym pierwszy raz usłyszał otwierający nowy krążek grupy z San Francisco utwór „Brought To The Water”, doznałem rozłożenia na łopatki. Perfekcyjne połączenie leśnych pląsów z shoegaze i post-rockiem, zwieńczone kodą na pianinie, do tego opętańcze krzyki George Clarke’a. Czego chcieć więcej? Otóż, muszę to z bólem przyznać, że wokalista amerykańskiej załogi jest gardłowym jednowymiarowym i nudnym. Co daje radę w 8-minutowym wałku, tak przy 46-minutowym albumie sprawdza się co najwyżej średnio. Poza tym – nie wierzyłem, że kiedyś to napiszę – za dużo tu fragmentów ugrzecznionych, sennych, delikatnych (które, żeby nie było, bardzo mi się podobają). Brakuje zaś większej dawki furii, na którą liczyłem po wysłuchaniu singla oraz zeszłorocznego numeru „From The Kettle Onto the Coil”.

[Deafheaven „Brought To The Water”]

GRAVEYARD
„Innocence & Decadence”

Graveyard-InnocenceDecadence

Joakim Nilsson wsiadł na traktor (patrz teledysk) i… złagodniał. Lider Graveyard nie jest już tym dzikim młodzieniaszkiem, który kusił dziewczęta naćpanym, uwodzącym spojrzeniem, obcisłymi gaciami i głosem a la Robert Plant. Na „Innocence & Decadence” on, jak i koledzy, romansują z Thin Lizzy oraz z Jimim Hendrixem z okresu „Electric Ladyland”. Jest więc przebojowo, miejscami psychodelicznie, ale jakby z dystansem do własnej twórczości. Słuchając takiego „The Apple & The Tree” mam wrażenie, że ze Szwedów zeszło już parcie na wielką karierę. Jawią się teraz jako dojrzali faceci, którzy po prostu lubią sobie pograć rocka. Mnie to odpowiada.

[Graveyard „The Apple And The Tree”]

KURT VILE
„B’lieve I’m Going Down”

kurt vile blieve im going down

Och, jak cudownie widzieć, że Kurt wyleczył się z megalomanii i znów jest skłonny pisać dla nas proste, melodyjne piosenki. Nie wiem jak was, ale mnie jego poprzednie wydawnictwo, „Wakin On A Pretty Daze”, najzwyczajniej w świecie wymęczyło nieuzasadnienie długimi songami. Na „B’lieve I’m Going Down” średnia to 4 i pół minuty – w takim wydaniu Vile sprawdza się najlepiej. Bliżej mu tutaj do zaspanego Becka, niż elektrycznego Dylana (jak mu się to zdarzało w przeszłości), przez co jego najnowszy krążek jawi się jako jedno z najspokojniejszych dokonań w karierze. Każda piosenka jest tu po coś, każda wpadła do łba i wije sobie gniazdko. Szacunek – aż tak dobrego wydawnictwa się po Kurcie nie spodziewałem!

[Kurt Vile „B’lieve I’m Going Down”]

ROTOR
„Fünf”

Rotor Funf

Ciągle zadaję sobie pytanie jak też to się stało, że zupełnie ignorowałem tę kapelę? Wszak niemieckie stonerowo-southernowe granie instrumentalne jest bliskie mojemu sercu, odkąd mam pojęcie o dobrej muzyce! Jeśli i wy macie podobne upodobania, Rotor koniecznie musi trafić do waszych odtwarzaczy. To porządna południowa jazda, w której gitara solowa śpiewa niczym wyborny wokalista, a sekcja genialnie pulsuje w tle. W dodatku od czasu do czasu berlińczycy zwalniają, włączają gruzowaty przester i zabierają nas w rejony post-metalowo-sludge’owe („Scheusal”). Czego chcieć więcej?!

[Rotor „Volllast”]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *