NBA MVP: nagrody dla najlepszych

Steph Curry, fot. Keith Allison

Steph Curry, fot. Keith Allison

Kto był najlepszym koszykarzem minionego sezonu NBA? Kto poczynił największe postępy, a kto najbardziej wspierał klub z ławki rezerwowych? Oto moje typy.

Koniec sezonu regularnego NBA (przed nami dwa miesiące zmagań w Play-Offs) to tradycyjny czas, gdy koszykarscy eksperci przyznają nagrody indywidualne. Spośród blisko 500 zawodników, którzy pojawili się na parkietach najlepszej ligi świata, statuetki zdobędzie pięciu, a dodatkowo wyróżniony zostanie jeden trener.

Postanowiłem nie czekać na werdykt szanownej komisji, tylko samodzielnie przyznać wspomniane nagrody. Podejrzewam, że wiele z nich pokryje się z typami fachowców. No to jedziemy!

MVP (najbardziej wartościowy zawodnik): Stephen Curry
Nominowani:
James Harden, Russell Westbrook

Ja wiem, Steph nie ma najlepszych statystyk w lidze, Harden w niemal w pojedynkę ciągnie wózek z napisem Houston Rockets, a Russ po All-Star Game wykręcał niebotyczne linijki, ale to właśnie Curry jako lider najlepszego zespołu zrobił na mnie największe wrażenie. Golden State i bez niego wyglądają rewelacyjnie, ale to właśnie rozgrywający trzyma całą drużynę za gębę i z przytupem wiedzie ją do – obstawiam – Finałów NBA.

6th MAN (najlepszy rezerwowy): Isaiah Thomas
Nominowani: Marreese Speights, Jamal Crawford

Z tą kategorią miałem największy problem, bowiem jak na moje oko żaden z rezerwowych nie wyróżnił się aż tak znacząco na tle pozostałych. Zresztą z powodu ogromu kontuzji granica między ławką rezerwowych a pierwszą piątką mocno się zatarła. Tym niemniej chciałbym wyróżnić Isaiaha Thomasa, który najpierw z ławki ciągnął niemrawo grających Suns, a później sprawił, że – podobno – tankujący Celtics stali się drużyną play-offową. Szacunek także dla Marreesa, a właściwie całej ławki Golden State. Jamal to już standardowy bywalec tego zestawienia, więc u progu emerytury warto jeszcze raz o nim wspomnieć.

MIP (zawodnik, który zaliczył największy postęp): Jimmy Butler
Nominowani: Rudy Gobert, Draymond Green

Przyznam, że nie analizowałem szczegółowych statystyk graczy, więc nie dam sobie głowy uciąć za to, że cyferki wskazują na Jimmy’ego. Jednak ten niepozorny facet, który w zeszłym roku niczym specjalnym się nie wyróżniał, w tym stał się ofensywnym potworem dając nadzieję Chicago na lepsze jutro. Rudy Gobert „wybuchł” w drugiej połowie sezonu, jednak Utah ciągle są zbyt ciency w pasie, by wyróżnić ich zawodnika. Draymond z kolei zrobił wrażenie bezceremonialnym ulokowaniem się w pierwszej piątce Golden State, z której na stałe wygryzł Davida Lee.

ROOKIE OF THE YEAR (najlepszy debiutant): Andrew Wiggins
Nominowani: Nikola Mirotić, Jeremy Clarkson

Tegoroczni debiutanci mieli okazać się najlepszą klasą od jakichś 12 lat (czyli czasów LeBrona, Carmelo i Dwyane’a), ale m.in. ze względu na kontuzje zupełnie nie odpalili. Na tym tle wyróżniał się nr 1 draftu – Wiggins, który momentami wyglądał jak przyszły MVP. W drugiej połowie sezonu świetnie grał Mirotić, w czym wydatnie pomogły mu liczne kontuzje w Chicago. Z kolei Clarkson to najlepsza historia, jaka w tym roku przydarzyła się rekordowo słabym Lakersom.

DEFENSIVE PLAYER (najlepszy obrońca): Anthony Davis
Nominowani: DeAndre Jordan, Marc Gasol

W tej materii na statystyki rzuciłem okiem, zresztą tylko po to, by potwierdzić to, co wszyscy dobrze wiemy: Anthony Davis jest bestią po obu stronach parkietu. W ofensywnie raz za razem miażdży kolejnych rywali, ale i w defensywnie nie pozwala im na zbyt wiele. Jordana wyróżniam za udźwignięcie ciężaru walki pod koszami pod nieobecność Blake’a Griffina, kiedy to regularnie notował ponad 20 zbiórek w meczu (podobnie jeśli chodzi o punkty). Młodszy Gasol zasługuje na brawa za pierwszą część sezonu, kiedy to dzielnie dowodził poczynaniami defensywnymi Memphis, dając sporo od siebie także pod atakowanym koszem.

COACH OF THE YEAR (najlepszy trener): Mike Budenholzer
Nominowani: Steve Kerr, Greg Popovich

Kerr jako debiutant stworzył najlepszy team w USA, ale prawdę mówiąc przyszedł na gotowe. Pop ma już tyle tytułów, że kolejne znakomite rozegranie sezonu nie kwalifikuje go do głównej nagrody. Za to jego wierny uczeń, Mike B., dokonał cudów w przeciętnej, wydawałoby się, Atlancie. Z ekipy, której miało zabraknąć w Play-Offach uczynił paczkę zadaniowców, którzy okazali się zdecydowanie najlepsi na Wschodzie, po drodze stając się pierwszym zespołem w historii, który zaliczył 17-0 w jednym miesiącu (styczeń). Wow.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *