Gry pokolenia Y

SuperMarioBros

Ani się obejrzałem, a moim ulubionym grom z dzieciństwa stuknęło 20 lat.

Należę do pokolenia, które nie zna życia bez gier komputerowych. Już łażąc w pieluszkach miałem styczność z cudeńkami pokroju Amiga i Commodore 64, które na stanie mieli moi starsi kuzyni albo koledzy. Jak dziś pamiętam emocjonującą rozgrywkę w „Koło fortuny” na tej pierwszej.

Zebrało mnie na te przemyślenia przy okazji wertowania kolejnego numeru zmartwychwstałego „Secret Service”, nie wiem czy pierwszego, ale na pewno najważniejszego czasopisma o grach. Kultowego. Kuzyn – maniak komputerów kupował świeżutki magazyn już w dniu jego wydania i z radością rozklepywał kolejne gry w nim opisane.

Z tego powodu ja także szybko złapałem bakcyla. Zaczęło się od konsoli Pegasus, czyli zabużańskiej wersji Nintendo Entertainment System. Sprzęt i kartridże sprawili mi rodzice, mogłem więc całymi dniami tłuc w moje ulubione gry.

O panie, czego tam nie było! Najważniejszą zdobyczą był oczywiście zestaw 156 gier (w praktyce chyba ze 20), wśród których honorowe miejsce zajmowały „Super Mario Bros.”, „Contra”, „Tetris” i „Bomberman”. Po wielu popołudniach łupania w każdą z tych gier, przechodziło się je na pamięć.

W moim zestawie znajdował się również pistolet. Mogłem więc z radością strzelać do kaczek, by cieszyć przyczajonego w krzakach psa. Brałem udział w wieloboju olimpijskim, celując do latających dysków (skit to się chyba nazywało). Rozprawiałem się ze złoczyńcami w grze, której tytułu nie pamiętam.

Przypominam sobie za to, że największą radochę dawało mi granie w „Tetrisa” na dwie osoby. Z początku nie miałem pojęcia o co w nim chodzi, rywalizowaliśmy więc ze znajomymi o to, kto ułoży najładniejszą budowlę ze spadających klocków. Ależ mnie wkurzało, gdy nagle niektóre jej poziomy znikały. No po cholerę?!

Marzeniem każdego posiadacza Pegasusa był kartridż ze „Złotą Piątką”, a wśród nich dwie gry z jaskiniowcem, przygodówka o jajku Dizzy oraz wyścigi małych samochodów „Micro Machines”. Tak oto mijały mi dni młodzieńcze.

Piszę o tym, bo chcę powiedzieć, że dziś gry nie dają mi już takiej frajdy. Mimo że zdecydowanie bardziej rozbudowane, skomplikowane, wymagające wiedzy i umiejętności, to jednak nie tak porywające jak kiedyś. No, może poza seriami „GTA”, „The Elder Scrolls” oraz „Hitman”.

Nie wiem, czy to sprawka dorosłości, czy braku czasu, a może po prostu syndrom starego pierdoły… Faktem jest, że dziś zdecydowanie wolę „ciupnąć” sobie w zemulowane wersje Pegasusowych gierek, niż sięgnąć po nowości. Jeśli masz tak, jak ja, toś mój brat i chętnie się z Tobą piwa napiję, rozwalając hordy potworów w pierwszej (najlepszej!) „Contrze”.

2 komentarze na temat “Gry pokolenia Y

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *