GTA V – powtórka z rozrywki

GTA V

Blisko dwa lata po premierze piąta odsłona „Grand Theft Auto” trafiła w moje łapy. I znów poczułem się jak student.

Miałem to „nieszczęście”, że ominął mnie fenomen pierwszych, jeszcze dwuwymiarowych części „GTA”. Za ich powstania byłem jeszcze szczylem, mój komputer nie miał dostępu do internetu, a z gier odpalał tylko takie, które mieściły się na dyskietce, góra trzech..

Gdy jednak starszyzna plemienna zlitowała się nade mną (i sobą także), kupując mocniejszy sprzęt, zacząłem mocniej interesować się grami. Regularnie kupowałem „CD-Action” oraz „Click!”, by wiedzieć, w co warto zainwestować 20 zł. Mniej więcej po tyle „chodziły” pirackie wersje gier, którymi handlował „znajomy znajomego”. Nie jestem dumny z tego procederu, ale cóż zrobić, skoro w moim rodzinnym Krośnie nie było możliwym kupienie oryginału, a ewentualne zamówienia znacząco przekraczały możliwości mojego kieszonkowego.

ZACZĘŁO SIĘ OD „TRÓJKI”

Pamiętam jak dziś, gdy w którymś z wymienionych pism ujrzałem pierwszą w Polsce recenzję „Grand Theft Auto 3”. Od razu wiedziałem, że muszę ją mieć! Pal licho strzelankę i policyjne pościgi. Mnie najbardziej ekscytowała możliwość dowolnej eksploracji tętniącej życiem metropolii. Poznawanie nowych dzielnic, włóczenie się po mieście, dorabianie jako taksówkarz… Na mózg 13-latka te możliwości działały jak płachta na byka. BTW: jak widzicie mimo sięgnięcia po grę dla dorosłych w tak młodym wieku, nie stałem się zwyrodniałym psychopatą. 😉

Na kolejne części, „GTA: Vice City” i „GTA: San Andreas” czekałem już z wypiekami na twarzy. Analizowałem ich każdy szczegół do tego stopnia, że mapę wirtualnego Miami potrafiłem narysować z głowy. Aha, oczywiście wszystkie te części zakończyłem z wynikiem „100%”. W międzyczasie przeszedłem też „jedynkę” i „dwójkę”, jednak jako wielki fan trójwymiaru i możliwości, które daje, jakoś wielce się nie ekscytowałem tymi gierkami.

ZARWANE NOCE

Epoka „GTA IV” zastała mnie już na studiach, z budżetem gotowym ponieść stratę na rzecz kupna oryginalnej wersji oraz czasem na tyle elastycznym (na wykład się nie pójdzie, ćwiczenia odrobi z inną grupą), że zarywałem całe noce i dnie siejąc rozwałkę na ulicach Liberty City.

I znów – poznałem dosłownie każdy zakamarek miasta, wyłapałem wszystkie tajemnice, by na sam koniec móc pochwalić się wynikiem ukończenia „100%”. Aha, studia też ładnie zaliczyłem – nie myślcie sobie! W końcu ma się te resztki rozsądku. To właśnie one ratują mnie obecnie przed wzięciem dwóch tygodni urlopu, które spędziłbym na czułym romansie z „GTA V”, które niedawno kupiłem.

GRAND THEFT AUTO V

Ta gra stała się legendą jeszcze zanim ujrzała światło dzienne. Wystarczyła gigantyczna kampania reklamowa – tuż przed premierą byłem na wakacjach w Paryżu i pamiętam, że każda stacja metra była oklejona plakatami. Podobnie zresztą przystanki tramwajowe w Krakowie.

Niestety, nie dane mi było zwiedzić Los SantosBlaine County tak od razu, ponieważ nie mam na stanie konsoli – a w dniu premiery, 17 września 2013 r., tylko posiadacze PS3 i Xbox360 mogli wcielić się w postać Franklina, Michaela lub Trevora, głównych protagonistów w świecie „GTA V”.

Posiadacze blaszaków początkowo drżeli o to, czy w ogóle zagrają w produkcję Rockstar Games. Na szczęście po wielu miesiącach oczekiwań, w kwietniu tego roku „Piątka” ukazała się na PieCe, w pełni zoptymalizowana, zawierająca dodatkowe utwory w stacjach radiowych, z dopieszczoną grafiką.

Tak się szczęśliwie złożyło, że niedawno zmieniłem domowy sprzęt z dużego lapka na porządną stacjonarkę (staruszek już nie dawał rady nawet ze Skype’em), więc wreszcie mogłem zainwestować w „GTA V”.

BAWIĘ SIĘ ŚWIETNIE

Co ja wam będę mówił? Już po kilku minutach gry stan San Andres wciągnął mnie bez reszty! Mnogość i różnorodność zadań, mnóstwo misji pobocznych i dodatkowych, przyjemność z jazdy po olbrzymim terenie oraz najlepszy symulator gry w tenisa z jakim miałem do czynienia sprawiły, że znów zacząłem zarywać nocki i wykorzystywać każdy wolny moment na „GTA V”. Z tej okazji nawet wcześniej wstaję, by jeszcze przed pracą rozegrać misję czy dwie.

W chwili, gdy piszę te słowa, jestem mniej więcej w połowie scenariusza. Całą mapę już zwiedziłem, choć co i rusz zaskakują mnie jakieś tajne skróty, albo tunele, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Niezwykle cieszy mnogość dostępnych zajęć, przez co w każdej chwili masz co robić, a nawet – rzekłbym – nie wiesz, w co ręce włożyć. Gdy już wydaje się, że nadeszła chwila oddechu, gra generuje jakieś losowe wydarzenie na mapie, które teoretycznie możesz zignorować, w praktyce pędzisz co sił, by sprawdzić, o co chodzi.

TROCHĘ ZA PROSTE

Mimo, że „GTA V” wciąż nie jest graficznym mistrzostwem świata, to jednak podziwianie Los Santos nocą z poziomu okolicznych wzgórz, albo przyglądanie się przepięknym modelom samochodów to miód na oczy! Nawet woda wygląda tu przepięknie i aż zachęca, by do niej skoczyć.

Jedyne, do czego mam ochotę się przyczepić, to poziom trudności. Póki co gra jest dla mnie… zbyt łatwa. Ot, choćby wyścigi czy pościgi. Dzięki dostępnym umiejętnościom specjalnym, gdy za kółkiem siada Franklin, jazda 250 km/h przypomina niewinną wyprawę rowerową. Z kolei gdy w danej misji gra się więcej niż jednym bohaterem, ten, którego aktualnie nie obsługujesz, nie ginie, choćby dostał tonę ołowiu w łeb. Być może na dalszych etapach coś się w tej materii zmieni.

To jednak tylko drobna łyżka dziegciu, która zupełnie nie ma wpływu na mój odbiór „Grand Theft Auto V”. Dawno żadna gra nie dostarczyła mi tyle przyjemności (podejrzewam, że „Wiedźmin” też nie da) i nie wciągnęła tak bardzo.

Ale dość już pitolenia o oczywistościach. Wracam do Los Santos. Cya!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *