NUTA DO PIWA #61: nowe życie

Płyt kilka, o zawartości zapowiadającej powrót do formy artystów, o których medalowych aspiracjach nieco zapomniałem.

Nadmienię tylko, że to zapomnienie niekoniecznie wynika ze spadku formy formacji, a mojej nieuwagi. 😉

DEFTONES
„Ohms”

Chciałbym, żeby moja przyszła żona była jak Deftones, tzn. by po ponad ćwierć wieku potrafiła mnie czymś zaskoczyć. Czymś, czego nie oczekiwałem. Od kolegów z Sacramento nie wymagałem, by nagrali płytę ocierającą się o wybitność, gdyż miałem przekonanie, że najlepsze już dawno za nimi. Tymczasem „Ohms” już teraz stawiam na równi z „Diamond Eyes”, a jak mój dobry humor utrzyma się na tym samym poziomie przez miesiąc, to zacznę myśleć o detronizacji „White Pony”. Co ciekawe, to trzy zupełnie różne albumy. „Kucyk” jest histeryczny, „DE” mroczny, zaś „Ohms” oddychający, przestrzenny („This Link Is Dead”), miejscami „ciepły” (numer tytułowy), choć nie brak mu zjazdu do slumsów i przyglądnięciu się ciemnym stronom ludzkiej natury (vide przepiękne „Pompeji”). W efekcie obcujemy z dziełem wielowymiarowym, pięknym, błyskotliwym, po prostu genialnym. Serio, serio – wujki trafiły w nowy sezon z wybitną formą.

Cały album

NAPALM DEATH
„Throes of Joy in the Jaws of Defeatism”

Jeśli istnieje coś takiego, jak „progresywny grindcore” (lol), to Napalm Death dzielnie eksploruje jego zakamarki od początku XXI wieku. Na najnowszym, 16. krążku, czyni to w bardziej skondensowany (jeśli chodzi o liczbę utworów), ale jednocześnie IMO najciekawszy sposób od lat. Koronnym przykładem niech będzie numer „That Curse of Being in Thrall”, gdzie w trzy i pół minuty obcujemy z kanonadami blastów, breake-downami, chóralnymi bridge’ami podbijanymi na kotłach oraz riffami, z których część przytuliłaby Metallika, inne pewnie stałyby się łupem Entombed, a po jeszcze inne sięgnąłby Hatebreed. Cieszy także forma energetyczna 50-latków. Podczas gdy wielu ich rówieśników wiesza gitary na kołku, albo łagodnieje pod przykrywką szukania nowych inspiracji, kwartet z Coventry nadal tak samo chętnie szarpie za flaki, jak 30 lat temu. Winszuję.

Cały album

MOTORPSYCHO
„All Is One”

O istnieniu Motorpsycho zapomniałem wyłącznie z powodu swojego gapiostwa, choć jako czciciel The Beatles powinienem celebrować każdą nową płytę norweskiego tercetu. Na szczęście tym razem nie popełniłem błędu i gdy tylko „All Is One” pojawiło się w serwisach streamingowych, zabrałem się za muzyczną lekturę. Fani oldschoolowych dźwięków na pewno dobrze znają tych panów, którzy garściami czerpią z dokonań The Beatles, Jefferson Airplane, ale też Jethro Tull czy Fleetwood Mac. Gitarowy pop z lat 60., folk, psychodeliczny rock, odrobina progresji – wszystko to znajdziecie także na najnowszym wydawnictwie Motorpsycho. Na „All Is One” trudno wyróżnić jeden utwór: to po prostu zestaw świetnych, wielowątkowych kompozycji, bazujących na chwytliwych riffach i progresjach akordów, upstrzonych popularnymi pięć dekad temu instrumentami klawiszowymi i skrzypcami. Całość odpowiednio wyprodukowana i zmiksowana, by brzmiała jak nagrywana na taśmę. Łezka się w oku kręci!

Cały album

THE OCEAN
„Phanerozoic II”

Czy da się tworzyć od linijki tak, by muzyka sprawiała wrażenie spontanicznej i nie męczyła przydługimi solówkami? The Ocean od pierwszej płyty udowadnia, że „można, jak najbardziej, jeszcze jak”. W utworach grupy z Berlina dzieje się ekstremalnie dużo: bazą jest post-metal (ze wszystkimi elementami charakterystycznymi dla gatunku), ale załoga Robina Stapsa wychodzi daleko poza utarte lata temu szlaki. Nie boi się subtelnych klasycznych wtrętów na pianinie, nie lęka się też rozpędzać w rejony death metalu, jeśli scenariusz wymaga takiego zabiegu. Skojarzenie z filmem nie jest tu zresztą przypadkowe: słuchając „Phanerozoic II” obcuje się z idealnie rozpisanymi scenami, a każda sekunda każdego numeru jest dokładnie zaplanowana i zaaranżowana. Ten perfekcyjny plan na szczęście nie zabija przyjemności (co często dzieje się np. z kompozycjami Dream Theater). Wręcz przeciwnie: daje niesamowitą frajdę z odkrywania kolejnych warstw misternie ułożonych przez The Ocean. Bierzcie i bawcie się tym wszyscy!

Cały album

MARILYN MANSON
„We Are Chaos”

Przez wiele lat kompletnie nie ciągnęło mnie do twórczości pana Marilyna. Traktowałem go wręcz podobnie jak Rammstein: jako żart, który opowiada się raz, a później słucha tylko z politowaniem. Do sięgnięcia po nowy album Mansona nakłoniła mnie… okładka. Zamiast kolejnego zachwytu nad swoim wizerunkiem (w postaci niekoniecznie udanego zdjęcia), Amerykanin umieszcza obraz. Owszem, inspirowany swoim ryjcem, ale intrygujący, sprawiający, że chcesz tę płytę przynajmniej raz przesłuchać. I jestem mu za ten zabieg wdzięczny, ponieważ „We Are Chaos” trafiło w moje gusta już przy pierwszym odsłuchu. To po prostu 10 bardzo dobrych numerów, inspirowanych nie tylko surowym industrialem, ale też wielkimi postaciami rocka. Przy kilku piosenkach (np. „Don’t Chase The Dead”) wynotowałem sobie, że Manson brzmi jak David Bowie. I, zapewniam Was, nie ma tu cienia karykatury.

Cały album

(Visited 199 times, 2 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *