podróże | Jerry Brewery https://jerrybrewery.pl Dobrze wywarzony blog Fri, 05 Mar 2021 13:00:05 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.29 https://jerrybrewery.pl/wp-content/uploads/2015/01/cropped-logojerry-32x32.png podróże | Jerry Brewery https://jerrybrewery.pl 32 32 Tuluza – kameralny hi-tech https://jerrybrewery.pl/tuluza-kameralny-hi-tech/ https://jerrybrewery.pl/tuluza-kameralny-hi-tech/#respond Tue, 18 Feb 2020 07:00:11 +0000 http://jerrybrewery.pl/?p=13468 Jeden z najlepiej rozwiniętych europejskich ośrodków przemysłu wysokich technologii okazuje się być bardzo przytulnym, oddychających historią miastem. Zapraszam na wspomnienia z wyjazdu do Tuluzy. Trójkolorowy kraj kojarzy mi się z hasłem: „nieeee, to nie jest prawdziwa Francja”, niezależnie od regionu, z którego pochodzi wymawiający te słowa mieszkaniec. W Paryżu zarówno gospodarze (znajomi mojej Ówczesnej), jak…

The post Tuluza – kameralny hi-tech first appeared on Jerry Brewery.

]]>

Jeden z najlepiej rozwiniętych europejskich ośrodków przemysłu wysokich technologii okazuje się być bardzo przytulnym, oddychających historią miastem. Zapraszam na wspomnienia z wyjazdu do Tuluzy.

Trójkolorowy kraj kojarzy mi się z hasłem: „nieeee, to nie jest prawdziwa Francja”, niezależnie od regionu, z którego pochodzi wymawiający te słowa mieszkaniec. W Paryżu zarówno gospodarze (znajomi mojej Ówczesnej), jak i napotkani mieszkańcy na każdym kroku podkreślali, że stolica to inny stan umysłu, kompletnie oderwany od reszty. Z jednej strony kosmopolityczny, pełen przepychu, z drugiej brudny, niedbały, zdystansowany do każdego, kto nie mówi po francusku.

Z opowieści następnej Ówczesnej wywnioskowałem, że także Strasburg i okolice nie mają za dużo wspólnego z Francją. Z jednej strony błogi krajobraz niczym z Shire łączy się tu z niesamowitą wręcz pracowitością, która prawdopodobnie płynie w żyłach z powodu germańskich przodków.

Po wizycie w Tuluzie, którą razem z Mateuszem z Brokreacji odwiedziłem w dniach 10-14 października 2019 r., tym bardziej nie wiem, jaka ta Francja jest. Bowiem, jak się pewnie domyślacie, na pewno nie taka jak w tym położonym na południu kraju mieście.

Do domu Airbusa

Do Tuluzy zaprosili nas nasi ziomale z browaru Sabotage. Ekipa gościła w Krakowie w sierpniu, by uwarzyć z nami Champanzee Polonais, czyli Grodziskie na drożdżach szampański. A że rozmowa fajnie nam szła, zaprosili nas na rewizytę, która przypadła na festiwal OctoBiere, organizowany przez Justina Marqueza, jednego z ojców założycieli browaru, a przy okazji piewcę piwnej rewolucji w tamtych rejonach Francji.

Nazwisko Justina nasuwa podpowiedź, z jakim państwem mieszkańcy Tuluzy mogą być wiązani i historycznie, i charakterologicznie. To cholernie otwarci ludzie, znakomici gospodarze, którzy po prostu kochają gości, spotkania i dobrą zabawę. Na szczęście daleko im od „mañany” i jak się za coś biorą, to robią to dobrze i sumiennie.

To chyba więc nie przypadek, że to właśnie Tuluza jest jednym z największych ośrodków akademickich w tamtej części Europy, a także jednym z najważniejszych miast hi-techu na Starym Kontynencie. Na północnych rubieżach mieści się główna siedziba Airbusa, który z powodu kryzysu w Boeingu powoli wyrasta na największą firmę przemysłu lotniczego. Na południu z kolei rządzi i dzieli przemysł kosmiczny – opracowuje się tu i testuje technologie wykorzystywane w rakietach. Nic więc dziwnego, że w mieście kwitnie handel, łączą się tu autostrady, a turystyka z roku na rok staje się ważniejszym punktem miejscowego PKB.

Spacer wśród platanów i różowej cegły

Mimo to, po wejściu do tramwaju (stanowiącego jedną z linii systemu metra), który startuje spod lotniska w Tuluzie, trudno dopatrzeć się przesłanek tego wielkiego przemysłu. Jedynie gigantyczna Beluga, lądująca na pasie przeznaczonym wyłącznie dla firmy Airbus może budzić podejrzenia, ale im dalej w miasto, tym bardziej kameralnie. Niska zabudowa, znad której rzadko strzelają wieże kościołów (przede wszystkim katedry St. Sernin, będącej główną atrakcją centrum), mnóstwo drzew i krzewów, dość ograniczony ruch samochodowy, śliczne kanały i parki. Sugerując się wyłącznie wrażeniami estetycznymi, trudno zgadnąć, że mieszka tu pół miliona osób, w większości pracujących z głową w chmurach.

Tramwaj wysadził nas przy Palais de Justice, pod który trafiliśmy przecinając majestatycznie płynącą Garonnę oraz wyspę Ile du Grand Ramier, gdzie położony jest stadion FC Toulouse, przyszłego spadkowicza z francuskiej ekstraklasy piłkarskiej. Sądzę, że mieszkańcy raczej przesadnie tą degradacją się nie zmartwią, ponieważ w tym regionie rządzi nie piłka nożna, a rugby. Dość powiedzieć, że w godzinach meczów toczącego się wtedy Pucharu Świata lokale pokazujące mecze wypełniały się po brzegi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że turniej rozgrywany był w Japonii, a rzeczone mecze odbywały się ok. 10-12 czasu środkowoeuropejskiego…

My kibicami rugby nie jesteśmy, więc w Tuluzie mogliśmy się skupić na spacerach oraz piwie. Po wyjściu ze wspomnianego tramwaju, spokojnie ruszyliśmy na piechotę do hotelu, położonego 2,5 km dalej. Uber niby kusił, ale stwierdziliśmy, że takich okolicznościach przyrody i pogody (było ok. 20 stopni Celsjusza) warto ruszyć tyłek. Najpierw szliśmy więc przepiękną alejką prowadzoną przez platany, która kończyła się Grand Rond – jednym z najbardziej urokliwych rond, z jakimi miałem przyjemność. Jego środek wypełnia cudowny ogród, gdzie natura ewidentnie przesadziła z saturacją kolorów: dawno nie widziałem tak nasyconej zieleni!

Na rondzie odbiliśmy na północ, w kierunku miejsca zakwaterowania, ulokowanego przy alei Jeana Jauresa, jednej z głównych ulic Tuluzy. Zarówno droga do niej prowadząca, jak i „nasza” aleja przykuwają wzrok charakterystycznym różowym kolorem cegłówek. Nie bez kozery nazywa się ją „La Vile Rose” (Różowe Miasto), choć paletę barw dopełniają jeszcze licznie kwitnące fiołki. Różowa jest nawet wspomniana katedra St. Sernin oraz mosty nad Canal Du Midi, które to konstrukcje wpisane są na listę Unesco.

Od migreny do Capitolu

Po dotarciu do naszego lokum i po długiej walce z nieogarniętym kurierem, który nie dowiózł na czas naszych piw (nie pytajcie… Ostatecznie udało się ich trochę zorganizować…), udaliśmy się na krótki piwny rekonesans. Najpierw do knajpki, której nawet nie ma na Google Maps, a która w godzinach wieczornych, jak i rozrywania Pucharu Świata w rugby stawała się najbardziej gwarnym miejscem na dzielni. Tam wypiliśmy jakiegoś Witbiera, by za chwilę udać się do Delirium Cafe na słabego burgera, za to niezłe piwa. Nie notowałem, wybaczcie.

Tego dnia, z powodu zmęczenia i stresu kurierowego, dwa piwa wystarczyły, by rozbolał mnie łeb i to w stopniu migrenowym, więc cały wieczór spędziłem w łóżku, myśląc czy nie pieprznąć sobie butelką wina w łeb i nie zemdleć. Ostatecznie udało się zasnąć i zregenerować, w czym wydatnie pomogła mi tona tabletek niezawodnego Ibuprom Zatoki. W efekcie mogliśmy rano ruszyć na miasto, by co nieco pozwiedzać centrum oraz zjeść śniadanie.

Najpierw dotarliśmy do placu Jean Pierre Goudouli. To miejsce charakterystyczne z dwóch powodów. Po pierwsze: karuzela. Po drugie: wymioty pod nogami. W tej naprawdę uroczej okolicy lubią balować turyści z kraju, co się właśnie od Unii Europejskiej odłączył. Mateusz był świadkiem jak poprzedniego wieczoru grupa rozkosznych panien raczyła się hektolitrami wina, co musiało się tak skończyć. Z opowieści naszych kolegów wnioskuję, że nie jest to wypadek odosobniony. Szkoda, bo szpeci to naprawdę ładną okolicę.

Kolejny punkt wizyty to okolice Place Du Capitole, czyli centralnego punktu centrum miasta. Duży plac otoczony jest budynkami mieszczącymi instytucje miejskie (wspomniany Capitole), uczelnie, miejsca kultury, a także oczywiście mnóstwo knajpek. Mimo że miasto jest znacząco młodsze, jakoś poczułem tu ducha Rzymu, objawiającego się w podobnym myśleniu o architekturze. Tę część miejskiej włóczęgi zakończyliśmy przy efektownym, murowanym moście Le Pont Neuf, kolejnej wizytówce Tuluzy. Tuż przy nim położona jest Le Cafe Cerise, według m.in. Trip Advisora najlepsza śniadaniownia w mieście. My, widząc odstraszające ceny, postawiliśmy na bagietkę z masłem i konfiturą, kawę oraz sok pomarańczowy. Typowy słodki miks na francuskie śniadanie. Pyszny i sycący.

Nie chcąc was zanudzać szczegółami łażenia po Tuluzie, rzucę jeszcze tylko dwie nazwy, które odwiedzający miasto powinni zapamiętać. Pierwsza to L’alimentation – świetny wine bar, oferujący naprawdę solidny przekrój win z Oksytanii i regionów ościennych (Prowansji i Akwitani). Druga: Fufu Ramen. Najlepiej oceniana ramenownia w regionie. Potwierdzam: świetny shoyu ramen.

Kranoprzejęcie, knajposzwędanie

Wstępnie rozkręceni winkiem, podbudowani ramenem, ruszyliśmy do La Loupiote, czyli knajpy należącej do Florenta, jednego z twórców browaru Sabotage. Co ciekawe, wcześniej Florent prowadził La Mecanique des Fluides, jeśli mnie oko i ucho nie mylą – największy multitap w Tuluzie. Stwierdził jednak, że go sprzeda, a uzyskane pieniądze włoży w coś mniejszego i browar. La Loupiote to więc bardzo mała miejscówka, gdzie pracuje tylko właściciel, a pomagają mu jego dziewczyna i ojciec. Florent to miłośnik dobrego piwa i muzyki, dlatego za barem, oprócz kilkunastu kranów oraz butelek, znajdzie się miejsce dla pokaźnej kolekcji płyt.

Impreza powoli się rozkręcała. Hitem okazały się wędzonki, zarówno ta lekka (Champanzee Polonais), jak i oczywiście Imperialny Nafciarz Islay Blend, który zaskoczył wszystkich. Takich smaków w piwie ta część Francji jeszcze nie czuła. Może i nie wszyscy byli w stanie ją pokochać, za to każdy zapałał szacunkiem do tych dwóch ziomeczków z Polski, którym chciało się przyjechać do Tuluzy i pokazać takie sztosy.

Na miejscu spotkaliśmy się z Aureliem (kolejnym członkiem Sabotage, którego znaliśmy jeszcze z Polski) oraz Simonem, bratem bliźniakiem Justina. Goście są naprawdę identyczni i początkowo nie mogłem uwierzyć, że to nie znany nam ziom. Ten dołączył do nas dopiero później, gdyż w pocie czoła przygotowywał OctoBiere. Ciekawostka: mieszkańcy Tuluzy na dzień dobry zawsze całują się w policzki (dwa razy), niezależnie od płci. I mówiąc „całują” mam rzeczywiście na myśli „całują”. Żadne tam cmokanie w powietrze i udawane tarcie policzek o policzek. Jest to początkowo dość ofensywna forma przywitania, ale finalnie pozwala szybko przełamać pierwsze lody i podkreśla, z jak otwartymi ludźmi mamy do czynienia.

Przy tej okazji chciałbym podkreślić, że świetną robotę robi miejscowy browar Iron, który za nic ma konwenanse i jeśli ma ochotę wrzucić np. koperek do Sour, to robi to z wielką przyjemnością. A może by tak połączyć Gose z burakiem i marakują? Dlaczego nie?! Klasa – polecam Państwa uwadze.

Po tej części zabawy, ruszyliśmy w towarzystwie Aureliego (nocny spacer po Tuluzie to jest sztos) do La Mecanique, by wreszcie zbić piątkę z Justinem, poznać Nicolasa (czwartego do brydża w Sabotage), a także poczuć gwar największego multitapu w okolicy. Mimo że sam lokal nie jest jakoś ekstremalnie duży, a moje oczy widziały już większe ogródki, to jednak tego dnia nie było gdzie szpilki wcisnąć. I tylko szkoda, że nie mogliśmy pokazać tu wszystkich piw, które chcieliśmy. Jeśli zapytacie mnie, kto jest największym „konkurentem” dowolnego polskiego browaru rzemieślniczego, z całą pewnością wszyscy zainteresowani odpowiedzą: „kurierzy”.

Ostatnim punktem (zaliczanym już wyraźnie po północy), był mikrobrowar Barallel, gdzie przybyli reprezentanci wszystkich browarów biorących udział w Octobiere, że wspomnę To Ol, Dry & Bitter, Larkin’s. La Debauche, Puhaste czy Du Pays Flamand. Sprzęt Barallel mieści się na powierzchni dosłownie jednego pokoju z przeciętnym domu, co doskonale obrazuje skalę przedsięwzięcia. Co ciekawe, po 2:00 nie można sprzedawać w Tuluzie alkoholu. Gospodarze lokalu zamknęli więc główne drzwi, wywiesili karteczkę „Closed”, po czym lali piwo dalej, a nas wypuszczali na szluga czy przechadzkę „tajnym” przejściem. I tak prawie do świtu.

Cassoulet i OctoBiere

Kolejny dzień zaczęliśmy podejrzanie rześcy o 12:00, od obiadu w La Cave au Cassoulet, czyli lokalu (na który zaprosił nas Aurelie), który otwierany jest bodaj tylko na trzy godziny dziennie. Specjalizuje się on w serwowaniu miejscowej specjalności, cassoulet właśnie, a także fois gras. Ja wiem, ta ostatnia potrawa zdecydowanie nie idzie w parze z humanitarnym podejściem do gęsi, za to jeśli chodzi o doznania smakowe, po prostu wymiata.

Wymiata też Cassoulet, choć jest tak tłuste i tak sycące, że trudno go zjeść. Na nasz stół, uprzednio okraszony butelką dobrego wina, wjechał potężny kocioł potrawy przypominającej fasolkę po bretońsku, ale upstrzonej trzema rodzajami kiełbas oraz nogą z kaczki. Całość podawana z bagietką. To była, proszę ja was, orgia dla podniebienia i ekstremalny ciężar dla brzucha. Nic dziwnego, że po powrocie z Tuluzy skala na mojej wadze przekroczyła ludzkie pojęcie…

Po tak sutym obiedzie Aurelie zabrał nas na krótki spacer, celem dotlenienia oraz obejrzenia miasta. Kościoły, małe uliczki, poukrywane pomniki, „tajne” zakamarki. Wszystkie piękne i – oczywiście – obowiązkowo różowe. Marszrutę zastopowaliśmy w Connexion Live, czyli sporym lokalu, który gościł OctoBiere. Nam dostało się miejsce w sali koncertowej, część browarów stało na krytej części „ogródka”. Przy scenie siedziała ekipa miejscowego radia, która nawijała o imprezie i tłumaczyła słuchaczom idee piwnej rewolucji. Co ciekawe, nawet mnie przyszło wystąpić na antenie – wykładałem na czym polski kraft stoi oraz w czym specjalizuje się Brokreacja. W tym czasie Mateusz podziwiał protesty „żółtych kamizelek”, które ochoczo demolowały miasto, jak co miesiąc, w weekend. Jedno to opowieść na inną okoliczność.

Wśród licznie odwiedzających nasze stoisko i chwalących Grodziskie (serio, to piwo to hit!), trafiło się też sporo ludzi związanych z Polską. Najpierw jeden pół-Francuz, pół-Polak, którego mama uczyła języka ojczystego – nawet całkiem nieźle mu szło. Później pojawił się koleżka, którego żona jest Polką. Nie do końca wiem, co chciał, bo bełkotał i mieszał się w zeznaniach, ale ewidentnie był zadowolony, że spotkał kogoś mającego barwy biało-czerwone w paszporcie. Później pojawił się Tomek, którego znamy z Krakowa (doktorant Uniwersytetu Rolniczego). Obecnie ziom działa przy jakimś programie badawczym i tak się miło złożyło, że wylądował właśnie w Tuluzie.

Ostatnim z rodaków był Kuba, za sprawą którego się tam w ogóle znaleźliśmy. Któregoś dnia Kuba, szwendając się po Krakowie, trafił do BroPubu, zakochał się w naszych piwach i polecił je swoim znajomym z Tuluzy. A że, tak się składa, tymi znajomymi są Justin i Aurelie… Resztę historii dopowiedzcie sobie sami. Dodam tylko, że Kuba jest gitarzystą i gra w miejscowej kapeli wykonującej celtycki punk rock. Umówmy się: mówiąc eufemistycznie nie jest to mój ulubiony styl, choć chłopa szanuję, bo robi dobrą robotę w załodze o nazwie Booze Brothers. Kapela dała zresztą koncert na zakończenie piwnej imprezy.

Dodam tylko, że OctoBiere działało na jednak mało popularnej zasadzie wśród międzynarodowych festiwali, czyli płacisz na wejściu, a później rozliczasz się jeszcze gotówką z każdym browarem, ale nie odstraszyło to miejscowych miłośników ZŁOCISTEGO TRUNKU (hue, hue). Dość powiedzieć, że przedarcie się do toalety, którą mieliśmy o rzut beretem od stoiska to nie były rurki z kremem.

Śniadanie przyjaciół i Minotaur

Dzień po festiwalu wbiliśmy na śniadanie do knajpki przyjaciół Justina, by wspólnie z nim i innymi organizatorami wypić za udaną imprezę. Właśnie w czasie tego spotkania zrozumiałem, jak bardzo otwarci i przyjacielscy są to ludzie. Jak bardzo inni od tych znanych mi z Paryża. Ba, od znacznej części tych z Krakowa również. Okazało się bowiem, że ta roześmiana grupa nie spotka się w podziemiach przyjemnego lokalu z planszówkami od święta, tylko wpada tu regularnie, by pograć, wypić dobre piwa i wina oraz zjeść co najlepsze w kuchni francuskiej. Zarówno słone, jak i słodkie. Zostaliśmy tam przyjęci jak swoi, wyściskani, wycałowani i poczęstowani całym tym dobrem. Po takiej nasiadówie aż nie chciało się ruszać dalej!

My jednak mieliśmy jeszcze do zaliczenia galerię techniki (Halle de La Machine) oraz wystawę poświęconą przemysłowi kosmicznemu (Cite de l’Espace). Ta pierwsza zapowiadała się niezwykle efektownie, ale skończyła się rozczarowaniem. W środku znajdują się efektowne maszyny wielkości kilkupiętrowego domu, np. Minotaur, który wyjeżdża na plac przed halę, dmucha parą, pluje wodą, a dodatkowo zabiera na pokład kilkadziesiąt osób. I… to koniec ciekawych atrakcji. Reszta maszyn jest albo nieinteresująca, albo nie można ich dotykać, ergo chodzi się po wielkim pomieszczeniu i nie ma co się ze sobą zrobić.

Myśleliśmy, że w Cite de l’Espace będzie ciekawiej i pewnie byłoby, gdyby nie fakt, że przyszliśmy zbyt późno i nie wpuszczono nas do środka. Zamknięcie „18:00” oznacza, że ostatnie osoby wpuszczamy o 17:00, a my byliśmy o 17:10. Pani, która pilnowała wejścia, była nieubłagana. Zostało nam więc podziwianie modelu rakiety kosmicznej, który góruje nad kompleksem oraz podziwianie okolic Tuluzy, widocznych w dolince.

Liczyliśmy, że turystycznie wyżyjemy się dzień później, jadąc do Carcassonne. Miasteczko znane miłośnikom gier planszowych i historii kusi przepięknym zamkiem i cudownymi widokami. Niestety, dla nas pozostającymi wciąż jedynie na zdjęciach, ponieważ wieczór i noc potoczyły się zgoła inaczej. Najpierw siedliśmy do jednego Tripla w La Mecanique, ale skończyło się na czterech. Później dowiedzieliśmy się, że PiS wygrał z radości, więc poszliśmy po wino, duuuużo wina, żeby „świętować” wygraną naszych ulubieńców. To wszystko, połączone z piwem i szlugami, które musiałem sobie kupić sprawiło, że dzień później wstaliśmy o 16:00. Choć „wstaliśmy” to też za dużo powiedziane. Mogę tylko dodać, że na podstawie tego poniedziałku, moglibyśmy prowadzić wykłady z koncertowego rozpieprzenia sobie dnia. 😉

Ten drobny wybryk nie przesłonił nam jednak pięknych wspomnień i chęci powrotu do Tuluzy i okolic. Kto wie, może da się zeń polecieć rakietą pod same mury Carcassonne.

The post Tuluza – kameralny hi-tech first appeared on Jerry Brewery.

]]>
https://jerrybrewery.pl/tuluza-kameralny-hi-tech/feed/ 0
Reset w Azji, cz. 3 – Singapur https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-3-singapur/ https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-3-singapur/#respond Mon, 06 Jan 2020 20:16:34 +0000 http://jerrybrewery.pl/?p=13378 Betonowa pustynia? Raj wyłącznie dla finansistów? Hub lotniczy i nic więcej? Jeśli którekolwiek z tych określeń na temat Singapuru trafiło do Waszych uszu, wiedzcie, że to bullshit. PRZECZYTAJ: CZ. I HO CHI MINH | CZ. II NHA TRANG Dzień wylotu do Miasta Lwa zaczął się dla nas niezbyt szczęśliwie, głównie przez naszą nieuwagę. Acz również…

The post Reset w Azji, cz. 3 – Singapur first appeared on Jerry Brewery.

]]>

Betonowa pustynia? Raj wyłącznie dla finansistów? Hub lotniczy i nic więcej? Jeśli którekolwiek z tych określeń na temat Singapuru trafiło do Waszych uszu, wiedzcie, że to bullshit.

PRZECZYTAJ: CZ. I HO CHI MINH | CZ. II NHA TRANG

Dzień wylotu do Miasta Lwa zaczął się dla nas niezbyt szczęśliwie, głównie przez naszą nieuwagę. Acz również przez tę nieuwagę szczęśliwie się zakończył. Kilka dni wcześniej na mailach wylądowało powiadomienie, że bilety zostają przebukowane na wcześniejszą godzinę. Gdy dojechaliśmy chwilę po 4 rano na lotnisko, okazało się, że owszem – godzina wcześniejsza, problem w tym, że zmieniła się też data na kolejny dzień…

Poszliśmy więc na żebry do, nazwijmy to, biura obsługi klienta, czy może da się nas upchnąć na pokładzie w tym pierwotnym locie (jebać overbooking!), a w międzyczasie zaczęliśmy szukać noclegów w pobliżu. 3 minuty przed zamknięciem boardingu okazało się, że oto jest miejsce i to akurat dla 5 osób! W te pędy przebiegliśmy przez bramki (buty i pasek zdejmowałem, a później zakładałem dosłownie w podskokach), by w końcu uściąć w maszynie VietJet i ostatni raz zobaczyć Nha Trang, tym razem z góry. Później chwila czekania i przesiadka na kolejny lot w Ho Chi Minh, by wreszcie popołudniu wylądować na jednym z największych lotnisk świata, Changi w Singapurze.

Z DESZCZU DO KAPSUŁY

Ponieważ po Singapurze najlepiej podróżować pieszo, bądź metrem, musieliśmy przemieścić się z Terminala 4 do 1. Jazda autobusem lotniskowym to przygoda na dobre kilkanaście minut, co dobitnie pokazuje, z jakim gigantem mamy do czynienia. W środku na szczęście znajdują się wszelkie uciechy, łącznie z basenem, więc nudzić się nie sposób. My zadowoliliśmy się jedzeniem – genialną zupą laksa (wiem, jak brzmi ta nazwa, ale zawartość wynagradza lingwistyczny niesmak), która stała się moją towarzyszką w czasie tego wyjazdu, jako bardziej dostępna i zdecydowanie tańsza od ramenu.

Singapur przywitał nas deszczem i to tak rzęsistym, że użycie parasola nie miało sensu, jedynie płaszcz przeciwdeszczowy (miałem takowy na stanie) miał w tym wypadku rację bytu. A ponieważ znaczna część linii metra w tym państwie znajduje się na powierzchni, kubraczek musiałem włożyć już w pociągu. Tutaj ciekawostka – kilka składów metra wyprodukowano w Chorzowie, w fabryce Alstomu.

Wysiadłem na stacji Kalang w dzielnicy malezyjskiej, przy której umieszczony był mój hotel. W Singapurze co prawda obowiązuje prawo, które – bez wdawania się w szczegóły – ogranicza tworzenie się enklaw i dominowania przez jakąś narodowość w danym okręgu, niemniej miasto posiada wyraźnie oznaczone dzielnice chińską (to dominująca narodowość), hinduską, arabską i właśnie malezyjską. A ponieważ ta ostatnia należy do tych tańszych, co w tym cholernie drogim państwie ma niebagatelne znaczenie, więc zdecydowaliśmy się spać właśnie tam.

Wróćmy do „mojego” hotelu. A właściwie hostelu, bo takowym okazało się kapsułowe królestwo, usytuowane w niezbyt okazałym dwupiętrowym budynku, wokół którego rosną kolejne wieżowce, a w oddali widać halę byłego lotniska Kalang. W skromnej recepcji, która okazała się być przy okazji śniadaniownią, odebrałem instrukcje, jak żyć w tym przybytku, po czym udałem się do swojego pokoju.

„Swój” to zdecydowanie za dużo powiedziane, ponieważ moja była jedna szafeczka oraz jedna z 12 kapsuł. A czymże owa jest? To nic innego, jak zbudowany z plastiku prostopadłościan, który zamiast jednej ściany ma otwór, zasłaniany roletą. W środku znajduje się materac, pościel i ręcznik, kilka świateł, lusterko, dwa gniazdka, wejście USB i klimatyzacja. Szczęśliwie szafka okazała się być na tyle duża, by pomieścić cały bagaż. Kuchnia, jako się rzekło wspólna, łazienka też. „Łazienka” to także nadużycie w stosunku do tych wspaniałych miksów prysznica i kibla. Widziałem już takie połączenia, choćby w Nha Trang, ale nie na 4 metrach kwadratowych. Wścibskich informuję, że nie – nie praktykowałem dwójeczki przy jednoczesnym prysznicowaniu cielska. 😉

PRAWA I CENY

Singapur kojarzy się wielu osobom z dziwnymi prawami obowiązującymi w państwie i akurat jest to fakt, choć gdy zagłębi się w nie bardziej, nie są takie bezsensowne. Weźmy słynną gumę do żucia: nie dość, że nie kupisz jej na miejscu, to jeszcze nie wolno ci jej wwieźć na teren miasta. To podobno pokłosie dziwnych zabaw turystów, którzy swego czasu zalepiali czujniki np. w drzwiach metra, co uniemożliwiało ich prawidłowe działanie. Wprowadzony zakaz wyeliminował te głupie zabawy, a co więcej: zapewnił, że miasto jest czyste i wolne od drażniących plamek z gum, które ktoś upuścił i rozdeptał na chodniku.

Inne ciekawe ograniczenia to: zakaz śmierdzenia (interpretowałbym to jako nakaz mycia, co w równikowym klimacie znacznie ułatwia życie np. współpasażerom), zakaz jedzenia durianu w metrze (i picia czegokolwiek takoż, by nie pobrudzić innych osób), zakaz plucia na ulicy oraz głośnego przeklinania. Mnie najbardziej cieszył, szczególnie po wizycie w Wietnamie, zakaz nakłaniania do zakupów. Wreszcie mogłem odetchnąć wchodząc na place targowe.

Ale, ale! Nie taki Singapur straszny! Z ważnych dla lubiących piwo informacji: można je pić na ulicy. Dopóki nie robi się żadnej boruty, ani nie śmieci, nikt nie ma problemu z tym, że sączysz sobie piwko. Przy okazji: głównie jest to jakiś Stout, produkowany najpewniej w Malezji. Ta część świata ewidentnie przepada nad ciemnymi piwami i – co ważne – warzy je więcej niż poprawnie.

Stouty warto kupować także ze względu na cenę, najkorzystniejszą na półce. Choć trudno mówić o korzyści, gdy za puszeczkę 0,33l musisz zapłacić przynajmniej 4 dolary singapurskie (czyli na nasze 12 zł). Duża pucha to już wydatek bliski 20 zł. W centrum miasta, w niezłych lokalach, za obiad zapłacić trzeba przynajmniej 50 zł. Ba, z Mateuszem raz wydaliśmy na ramen blisko 90 ziko! Ta potrawa nie jest jednak tak unitarna cenowo, jak myślałem do czasu wizyty w Singapurze.

FOOD COURTY

Drogie jest tu naprawdę wszystko, łącznie z wodą (10 zł) w butelce. Żeby nie pójść z torbami warto więc jadać w tzw. food courtach. Co najmniej trzy znajdują się w Chinatown, a w każdym można odnaleźć miejsca nagradzane gwiazdkami Michelina. Dość powiedzieć, że w jednym z nich dzienny zapas żarcia skończył się w okolicach 15.

Ja stawiałem głównie na laksę, czy to z kurczakiem, czy z krewetkami tygrysimi, oraz smażony ryż, głównie z owocami morza. To oczywiście tylko mały wycinek tego, co w takim przybytku znaleźć można: ryby podane na wszelkie sposoby, wszystkie zupy świata, kurczak przygotowany jak tylko chcecie, mnóstwo warzyw, soków, smoothie itd. Żeby się genialnie najeść, trzeba przygotować od 15 zł do 30 zł. To już brzmi zdecydowanie rozsądniej, niż ceny przywołane wyżej. Co prawda okoliczności spożywania nie są może szałowe, gdyż courty przypominają bardziej polskie place targowe z pierwszej połowy lat 90., niż nowoczesne jadłodajnie, ale to nie ma znaczenia. Kasa i smak się zgadzają.

DŻUNGLA Z DRZEW I BETONU

Wróćmy do pierwszego zdania w leadzie: betonowa pustynia. Singapur pokazywany jest głównie jako gigantyczne miasto, gdzie drapacze chmur wciśnięte są dosłownie w każdy kąt. Wizja ta jest kompletnie nieprawdziwa. Na terenie trochę większym od Warszawy, znajdziemy oczywiście mnóstwo wysokich budowli (i to właściwie w każdej części głównej wyspy, wyłączywszy okolice lotniska), gdzie mieszka i pracuje ponad 5,5 mln obywateli. Singapurczycy nie zapominają jednak o roślinach.

Dość powiedzieć, że mnóstwo budynków „wyposażonych” jest w… parki. Często są one posadzone na dachach (choćby na słynnym hotelu Marina Bay), kiedy indziej na jednym z pięter. Przykładem może być choćby szpital blisko dzielnicy arabskiej, gdzie drzewa i krzewy rosną na mniej więcej 20. piętrze, a nad nimi pną się dalsze kondygnacje. O parku Gardens By The Bay, z nieziemskimi superdrzewami, napiszę za chwilę.

W geograficznym centrum Singapuru… rośnie dżungla. Pewnie już nie totalnie dziewicza, gdyż drobne ingerencje człowieka, w postaci ścieżek i wiat (ratują przed nagłymi ulewami), są tu jednak widoczne, niemniej widok wiekowych drzew, skał i jeziora, praktycznie nietkniętych cywilizacją je otaczającą, robi kolosalne wrażenie. Słychać cykady i pohukiwania ptaków, w wodzie pływają ryby i gady. Gigantyczne połacie drzew zwieńczone są potężnym ogrodem zoologicznym (o nim też za chwilę).

MARINA I DOWNTOWN

Tak, jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie parki, tak szczęka kompletnie mi opadła, gdy wysiedliśmy w Marina Bay i udaliśmy się nad zatoczkę. To miejsce ocieka wielkością ludzkiego geniuszu. Kilkadziesiąt ogromnych drapaczy chmur, będących siedzibami banków i światowych koncernów (Singapur to jedno z największych centrów finansowych na całej planecie), potężne centra handlowe (jedno w kształcie duriana), futurystyczna galeria sztuki w kształcie kwiatu lotosu. W oddali budynki pamiętające protektorat brytyjski. Po prawej trybuny stadionu, gdzie odbywają się wyścigi Formuły 1. Wreszcie ona: Marina Bay Resort.

Ten gigantyczny budynek, który powstał mniej więcej 10 lat temu, to perła Singapuru. Państwo wydało na nią jakieś 8 miliardów dolarów, a kasa poszła na trzy wielgaśne wieże hotelu, abstrakcyjną łódź, która łączy owe wieże oraz potężne centrum handlowe, kino, sale konferencyjne i kasyna. Całość obrotu Mariny stanowi blisko 1,5% PKB wyspy…

Budynek doinwestowany jest do tego stopnia, że na dachu rosną drzewa oraz można kąpać się w basenie (oczywiście z przezroczystymi krawędziami). Można także przejść się po najbardziej „legarowanym” budynku na świecie: dziób wspomnianej łodzi na szczycie hotelu, od ostatniego miejsca podparcia, dzieli – bagatela – 67 metrów. Nieee, to zdecydowanie za dużo jak na moje nerwy.

W centrum handlowym splendor leje się ze ścian, acz gustownie, europejsko, bez cygańskiego kiczu. Jeśli znudzi nam się chodzenie, po części budynku można płynąć łódką. Jeśli zaś kochamy widok wodospadów, przy sympatycznych kawiarenkach znajdziemy fontannę, która dosłownie spada z nieba. Food court – dość drogi – zaoferuje nam z kolei wszystkie odmiany kuchni azjatyckiej. Miłośnikom jedzenia nie trzeba tego tłumaczyć, ale inni niechże zapamiętają, że to, co znacie z „chińczyków”, to raptem promil bogactwa smaków, jakie czekają na nas w tym zakątku świata. W Marina Bay można oczywiście wypić też krafta (Old Rasputin z kranu!), a nawet kupić unikalne butelki z innych krajów, choćby z Hong-Kongu.

Najprzyjemniej jest jednak na drewnianych schodach przed Mariną. Rozświetlone budynki przyprawiają o zawrót głowy, a miejscowi robią wszystko, by dosypać do pieca. Najpiękniej prezentują się pokazy świetlne i wodne mad zatoką. Fontanny wypuszczają hektolitry wody (ta oczywiście zaraz wraca do zbiornika), a lasery wyświetlają na nich oszałamiające pokazy. Całość oprawiona jest cudowną muzyką. 15 minut pokazu mija jak z bicza strzelił. Mimo że każdy pokaz jest identyczny, my staraliśmy się patrzeć na nie za każdym razem!

SUPERDRZEWA

Po sąsiedzku z Mariną, rosną wspomniane wcześniej superdrzewa. Singapur, jako się rzekło, chce oddać Matce Ziemi choć część zabranych dóbr, dlatego na południowym krańcu głównej wyspy wybudował 18 konstrukcji, które mają od 25 do 50 metrów wysokości. Każda obsadzona jest roślinami, które krok po kroku obrastają jej pnie – już są o krok od korony i zapewne za 10 lat całkowicie zakryją bazową konstrukcję.

Superdrzewa są oczywiście wielofunkcyjne: produkcja tlenu i redukcja zanieczyszczeń to jedno. Drugie to turystyka i rozrywka. Garden By The Bay to rzecz jasna punkt obowiązkowy dla każdej osoby, która odwiedza Singapur. Także tutaj odbywają się pokazy świetlno-muzyczne w koronach tych nietypowych drzew, choć nie tak efektowne, jak w zatoce. Widok podświetlonych konstrukcji budzi respekt i porywa serduszko. Mnie porwał nawet za bardzo.

Pomiędzy superdrzewami rozpięta jest ścieżka widokowa. Wąska, bujająca się, „przejrzysta” jeśli chodzi o podłoże. Miałem nadzieję, że mimo to mój lęk wysokości nie będzie miał ochoty się aktywować, ale niestety. Gdy tylko wyjechałem windą na poziom ścieżki (jakieś 15-20 metrów nad ziemią), nogi się pode mną ugięły i nie byłem w stanie iść, czując jak całość się buja i widząc glebę pod stopami. Gdy do tego gruchnęła muzyka, było po mnie. Klepiąc zdrowaśki zrobiłem w tył zwrot i trochę na nielegalu zjechałem na ziemię. Pokazy obejrzałem z poziomu gleby, leżąc wygodnie na trawie. Tak jest zdecydowanie przyjemniej. 😉

Jednak Garden By The Bay to nie tylko superdrzewa. To gigantyczny park, zwieńczony rozłożystą polaną, gdzie mieszkańcy jadają pikniki, biegają, robią sobie sesje zdjęciowe na tle morza lub panoramy miasta, albo też grają we frisbee. Jest tu na czym oko zawiesić. Przywołana panorama, z Marina Bay, Downtown, diabelskim młynem i parkami Kalang, gdzie młodzież uczy się grać w softball i pływać kajakami, zapiera dech w piersiach. Podobnie jak rzut okiem na Cieśninę Singapurską, gdzie królują wielgachne kontenerowce. Gdy zapada zmrok, nad wodą widać tylko łunę świateł ze statków, zaś gdy leci się nad Cieśniną, trudno dostrzec choć kawałek akwenu: wszędzie jest pełno od pływających potworów. Co by nie mówić: niezapomniany to widok, choć trochę i przerażający.

SPACERY PO MIEŚCIE

Inne dzielnice Singapuru także są okazałe, choć już nieco bardziej przyziemne. Pierwsza, którą odwiedziliśmy, arabska, zaskakuje kolorowymi budynkami. Mimo feerii kolorów, nie ma tu ani grama kiczu, dominuje radość. Niektóre domostwa wyróżniają się nie tylko nietypowymi barwami, ale też i obrazkami malowanymi na fasadach – podobne można spotkać w części hinduskiej. W okolicy, oprócz meczetu, dominują małe knajpki oraz sklepiki z pamiątkami, w których sprzedają głównie kobiety. Nie wiem, jaki odłam Islamu wyznają miejscowi, ale zdecydowanie ten, nazwijmy to, sympatyczny.

W dzielnicy hinduskiej uświadczymy dużo więcej chaosu, który miejscami przywodził mi na myśl turystyczne zakątki Ho Chi Minh. Chaos ów podbudowany został ozdobami rozwieszonymi nad głównymi arteriami dzielnicy ze względu na święto światła. Złoto i czerwień królowały więc nad tą częścią Singapuru, a tłumy zalewały każdy zakątek.

My więc szybko przemieściliśmy się do Chinatown, zdecydowanie najbardziej eleganckiej i schludnej dzielnicy miasta. Tutejsi Chińczycy najwyraźniej kochają ład i porządek, dlatego wszystko jest tu sterylnie czyste i dopracowane, no może poza food courtami. To także tutaj najłatwiej kupić piwo i najprościej spotkać drogi samochód.

Mimo takiej mozaiki kulturowej, wszyscy żyją tu we względnym spokoju, pewnie także nieco sterowanym przez elity. Singapur co prawda ma ustrój demokratyczny, ale można by do tejże demokracji dodać sporo didaskaliów. Choćby ten, że o rządzących mówić źle raczej się nie powinno, z kolei ostatnie duże strajki trwały kilkanaście godzin, po czym zostały siłowo stłumione. Azjatycki lew nie ma czasu na marudzenie obywateli. Być może to jeden z kluczy do sukcesu gospodarczego. Pozostawmy na inną dyskusję to, jaki ciężar gatunkowy ów klucz posiada. 😉

Wróćmy więc do spacerów po mieście, które najlepiej odbywać na południowym zachodzie wyspy, gdzie łączy się ze sobą kilka parków, co przekłada się na cudną, ok. 10 kilometrową trasę do chodzenia. Trasa obejmuje zarówno skradanie się pomiędzy podstawami drzew, jak i w ich koronach (obłędy skywalk, tym razem lęk wysokości nie dał o sobie znać). Mimo że jest się w środku metropolii, do płuc wpływa rześkie powietrze i wyzwala endorfiny, a w głowie słyszysz tylko „tak trzeba żyć”.

ODPOCZYNEK WŚRÓD PRZYRODY

Po całym dniu chodzenia na zakończenie wakacji zafundowaliśmy sobie dwa luźniejsze epizody. Pierwszy z nich to wylegiwanie się na plaży położonej na wyspie Sentosa. To kolejna wielomiliardowa inwestycja typu „resort” w Singapurze, tym razem w duchu Disneylandu. Tutejszy park rozrywki należy do studia Universal, ale my go zignorowaliśmy na korzyść leżenia na czystej plaży i łapania ostatków słońca. Ciepła woda zachęcała do kąpieli, choć lekki mindfuck stanowiły statki, których i po tej stronie państwa nie brakowało.

Na Sentosie przebywają nie tylko turyści, lecz również jaszczurki i to sporych rozmiarów (nie znam się na ich gatunkach, więc nie odpowiem, co zacz). Ciemnozieloni „reptilianie” spacerują majestatycznie wśród krzaków i grzecznie pozują do zdjęć, nieco znudzone popularnością. Nie wiem, jak u nich z agresją, gdy ktoś je wkurzy, ale ja po wykonaniu kilku fociąt, wróciłem do grzania zadka.

Jednak to nie nasze ostatnie spotkanie ze zwierzakami. Te nastąpiło następnego ranka, gdy wybraliśmy się do wielkiego ogrodu zoologicznego na północy wyspy, niedaleko granicy z Malezją. Cel tak naprawdę był jeden: zobaczyć pandziochy na żywo. W Singapurze żyją dwie: Kai-Kai i Jia-Jia, facet i babeczka. Sprowadzono je tam, by – oczywiście – stanowiły atrakcję turystyczną, ale też rozmnożyły się w komfortowych warunkach i zwiększyły populację tego zagrożonego gatunku. Niestety, państwo misiostwo nie ma szczęścia do kopulacji, w efekcie do dziś jest bezdzietne. Pozostaje im jedynie być gwiazdami, żreć bambusa i spać. Znam ludzi, którzy by się z nimi zamienili miejscami.

Oprócz pandy wielkiej, mieliśmy przyjemność choćby z kapibarami (największe gryzonie na świecie) czy pelikanami, które pokazywały nam, że lubią opierdzielić se rybkę. Spotkaliśmy też wombata, ale to nie był chyba słynny zaginiony Andrzej (#pdk).

DO DOMU

Kolejnego ranka siedzieliśmy już w Airbusie należącym do Quatar Airways i próbowaliśmy zapomnieć, że pojutrze trzeba wracać do pracy. Z tych rozmyślań wyrwały mnie spore turbulencje, za sprawą których mój sok znalazł się na kocyku i podłodze samolotu. Stewardessy na szczęście szybko wszystko posprzątały.

Te turbulencje to było kolejne „naj” na tych wakacjach. Najważniejsze jednak, że były one dla mnie najlepsze: najciekawsze, najbardziej wielobarwne i – co nie jest bez znaczenia – najbardziej odprężające. Czyżby to magia Azji? Gdy tylko będę miał okazję, postaram się to potwierdzić.

The post Reset w Azji, cz. 3 – Singapur first appeared on Jerry Brewery.

]]>
https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-3-singapur/feed/ 0
Reset w Azji, cz. 2 – Wietnam, Nha Trang https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-2-wietnam-nha-trang/ https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-2-wietnam-nha-trang/#respond Mon, 23 Dec 2019 19:10:42 +0000 http://jerrybrewery.pl/?p=13357 Pierwsza jazda na skuterze, pierwsze pływanie w morzu i pierwsze jedzenie langusty. Wizyta w Nha Trangu rozdziewiczyła mnie na wiele sposobów. Człowiek to się, proszę ja was, do wszystkiego szybko przyzwyczaja. Poranny przejazd spod hotelu na lotnisko w Ho Chi Minh kompletnie mnie już nie emocjonował, gdyż po pierwsze wiedziałem co mnie czeka, a po…

The post Reset w Azji, cz. 2 – Wietnam, Nha Trang first appeared on Jerry Brewery.

]]>

Pierwsza jazda na skuterze, pierwsze pływanie w morzu i pierwsze jedzenie langusty. Wizyta w Nha Trangu rozdziewiczyła mnie na wiele sposobów.

Człowiek to się, proszę ja was, do wszystkiego szybko przyzwyczaja. Poranny przejazd spod hotelu na lotnisko w Ho Chi Minh kompletnie mnie już nie emocjonował, gdyż po pierwsze wiedziałem co mnie czeka, a po drugie – mimo dzikiego slalomu wśród skuterów, samochodów i przechodniów, wiedziałem, że karoseria naszej taksówki nie zostanie nawet draśnięta. Faktycznie, po 30 minutach zameldowaliśmy się w kolejce do check-inu i zdania bagażu rejestrowego.

Lot nad Zatoką

Tutaj mała ciekawostka, która też dobrze zobrazuje stan dróg międzymiastowych w Wietnamie. Nha Trang oddalone jest od Ho Chi Minh 435 km, czyli mniej więcej tyle, ile Kraków od Torunia (Polska i Wietnam mają zbliżoną powierzchnię, z tym że nasz kraj jest „kwadratowy”, a Wietnam „podłużny”). O ile u nas tę trasę można pokonać w ok. 5 i pół godziny (nie liczę postojów), o tyle na Półwyspie Indochińskim ta przygoda trwa bez mała trzy godziny dłużej. Drogi szybkiego ruchu niby istnieją, ale ją kanciaste i niewygodne, ergo wymagające wolniejszej jazdy. Nic więc dziwnego, że zdecydowaliśmy się na lot. 45 minut w powietrzu, jakieś 150 zł za bilet – tak można żyć.

Ba, nawet warto, ponieważ lądowanie na lotnisku Cam Ranh, które obsługuje Nha Trang, gwarantuje bajeczne widoki. Przed posadzeniem na ziemi, pilot kołuje nad przepiękną zatoką. Z lewej strony widzisz góry, z prawej morze. Miodzio! Po wylądowaniu jest jeszcze lepiej. Zaraz za bramkami zgarniają cię jak zwykle nachalni, ale tym razem pomocni Wietnamczycy, którzy załadowują do pełna mały busik i wiozą załogę do centrum miasta. Podróż odbywa się wzdłuż bajecznie pięknej drogi pomiędzy skarpami a błękitnym morzem. Co jakiś czas mija się palmy i piękne hotele, które im bliżej Nha Trangu gęstnieją, by urosnąć do centrum jako żywo przypominającego pocztówki z Rio De Janeiro.

Rio De Nha Trang

My zatrzymaliśmy się praktycznie pośrodku miasta, rzut beretem od Tram Huong Tower – jego niezbyt urodziwej wizytówki, przypominającej przy oczach o dobrych chęciach szminkę, przy tych bardziej zbereźnych – kutasa (miejscowi twierdzą, że to kwiat lotosu, ale my wiedzieliśmy swoje). Ja wybrałem hotel położony w jednym z najniższych budynków w okolicy: trzy piętra, gdy wszędzie obok jest przynajmniej 25, wrażenia nie robią, ale za to sama miejscówka okazała się po pierwsze tania, a po drugie bardzo przytulna. Prowadzi ją pani w średnim wieku, wraz z rodziną. Na parterze znajduje się ich mieszkanie, na pierwszym piętrze biuro jakiejś agencji informatycznej, a dalej już tylko pokoje. Co ciekawe, zwyczajowo wszyscy goście i pracownicy ściągali buty przed wejściem do budynku. Tym prostym sposobem musiałem za każdym razem kuśtykać na bosaka na piętro numer dwa, ale w sumie szybko przywyknąłem. Buty można było spokojnie zostawić przy drzwiach. Nawet trampki Converse’a albo japonki Havaianas nie znalazły nowych właścicieli. Pod tym względem Wietnam jest naprawdę uczciwy (albo ja mam szczęście).

Po szybkiej instalacji w pokoju, gromadnie wyleźliśmy na plażę, by złapać pierwsze konkretne promienie słońca w czasie tego wyjazdu. Z poziomu piasku i wody Nha Trang jeszcze bardziej przypomina Rio i widokówkowy rzut na potężne budynki, szeroką arterię wypełnioną setkami skuterów i samochodów oraz relatywnie czystą plażę. Morze już tak czyste nie było (raz nogę „podstawiła” mi plastikowa reklamówka), ale by nie tracić humoru, postanowiliśmy udawać, że nic się nie dzieje. Na szczęście nie skończyło się żadną chorobą skórną

Jedyna „choroba” jaka mi się przytrafiła, to ekstremalnie bolące gardło oraz osłabienie. Wszystko za sprawą braku rozsądku. Po przyjemnej leżance na plaży drugiego dnia oraz nocnych spacerach, wpadłem zgrzany i ledwo żywy do hotelu, w którym panował ukrop (klima nie działała, gdy wyciągnęło się kartę otwierającą ze stacji dokującej). Co w takiej sytuacji robi debil? Ustawia temperaturę na 17 stopni i idzie spać tuż pod nawiewem klimatyzacji. Efekt był łatwy do przewidzenia: następnego dnia zdychałem. Wylazłem na plażę, posiedziałem z gawiedzią, ale finalnie musiałem zawiesić życie na kołku do dnia następnego. Po nafaszerowaniu się milionem tabletek przeziębienie przeszło równie szybko, co się pojawiło, ale co się człowiek zmordował przez 24h, to jego.

Russian Paradise

Nha Trang okazał się być jednym z tych kurortów, do których masowo przyjeżdżają nowobogaccy Rosjanie. MASOWO. W głównej części miasta dominował właśnie rosyjski szczebiot, kosztem Wietnamskiego. Turystów z Mateczki bywa tu na tyle dużo, że ich krajanie otwierają tu małe biura turystyczne, knajpki czy wypożyczalnie skuterów. Ba, trafiliśmy nawet na sklep z dobrymi alkoholami (głównie wino), gdzie znaleźliśmy też piwa browaru nigdzie indziej niedostępnego oraz nawet nieopisanego na Ratebeer. Nazwę odkopię z notatek przy okazji opisu piw. 😉

Nowobogaccy pieniędzy nie liczą. Śpią w najlepszych hotelach, łażą na najbardziej kolorowe i najgłośniejsze dyskoteki, jedzą w najdroższych restauracjach. Sprytni Wietnamczycy doskonale czują pismo nosem, więc dyktują Rosjanom wyższe ceny. Niby spoko, acz szkoda, że odbija się to także na innych Słowianach. Gdy w pierwszy dzień wbiłem do jubilera, by wymienić dolary na dongi, ten poczęstował mnie kompletnie irracjonalnym przelicznikiem. Dopiero widząc moje zawahanie, zadał wszystko wyjaśniające pytanie „Are you from Russia?”. No otóż nie, mili Państwo. A skoro nie, to – jak się okazuje – przysługuje mi normalny kurs walutowy. Jestem przekonany, że jeszcze kilka razy szybkie podkreślenie, że jesteśmy z Polski, ocaliło nasze portfele przed niepotrzebnymi wydatkami.

Te w Nha Trang, co tu kryć, kręciły się wokół jedzenia i piwa. Jeśli mowa o krafcie, to za dużo takowego się nie uświadczy, acz warto zauważyć, że najpopularniejsze miejsce w tej materii usytuowane jest na… plaży. Jakiś kilometr od naszego hotelu, wśród palm i piasku wyrasta Louisiane Brewhouse: dwa zgrabne budynki, połączone przewiązką, z basenem i ogródkiem piwnym na patio. Głównymi gośćmi są oczywiście Rosjanie, ale na miejscu do ucha dobiegł mi też język francuski i angielski Do gardła zaś wlało się naprawdę dobre piwo. Zarówno klasyczne style (Pilsner), jak i nowoczesne wariacje (Witbier z marakują) bardzo mi posmakowały. Jakub N. miał identyczne zdanie. 😉

Po wizycie w browarze można było znów wylec na plaży, tym razem w towarzystwie koncernowego Bia Saigon. W przerwie między opalaniem właziliśmy do morza. Wielokrotnie już się w takowym taplałem natomiast na skutek zdobycia podstawowej wiedzy na temat żabki i crawla, mogę stwierdzić, że po raz pierwszy w owym pływałem. Oczywiście, wyłącznie tam, gdzie w razie czego mogłem wesprzeć nogę na gruncie. Przeżycie ciekawe, zwłaszcza gdy miotają cię fale nie raz przekraczające twój wzrost.

A propos pierwszych razów, to właśnie na plaży w Nha Trang zeżarłem langustę. Wygląda toto niezbyt apetycznie, ponieważ opancerzone odnóża nie są atrakcyjne nawet na martwym zwierzu, za to mięso ma pierwszorzędne. Całość przyrządziła nam Wietnamka o nieokreślonym wieku (równie dobrze mogła mieć 30 co 60 lat), łażąca od turysty do turysty i oferująca langusty, które nosiła w garnku. Gdy pozytywnie odpowiedzieliśmy na jej zagajanie, rozstawiła, nazwijmy to, mini-grill i upitrasiła na nim morskie koleżanki, następnie rozcięła im pancerzyki na brzuchu i polała słodko-ostrym sosem, polecając wybierać mięso przy pomocy palca. Re-we-la-cja. Doszło do tego, że obierałem z pancerza także nóżki, by wyżreć miękkie części także z nich. Nawet, jeśli brzmi to niesmacznie, a obrońcy praw langust spadają z krzesła, zaprawdę powiadam: warto.

Wodospady Ba Ho na skuterze

Warto także wynająć skuter i wybrać się na wycieczkę poza centrum miasta. Z początku pomysł Jakuba i Mateusza wydał mi się najbardziej szalony na świecie, zwłaszcza, że nigdy nie prowadziłem jednośladu w ruchu miejskim, a już na pewno nie w takim chaosie i tłoku, jaki panuje w Wietnamie. Panowie jednak uparli się na przejażdżkę i chwała im za to.

Całą przygodę zaczęliśmy od kwerendy w necie, gdzie i jak wypożyczać skuter. Teoretycznie można to zrobić na każdym kroku, ale nie wszędzie warto. Tu cię naciągną, tam dadzą pojazd o skandalicznym stanie technicznym, gdzie indziej wydadzą go wyłącznie po pozostawieniu paszportu, a później wyłudzą od ciebie więcej kasy, by zwrócić ci dokument. My ostatecznie wypożyczyliśmy nasze przyszłe środki lokomocji w jednym z pobliskich hoteli, okazując jedynie dowód osobisty. Ja miałem trochę pietra związanego z dokumentami, ponieważ nie dość, że nie mam prawa jazdy kategorii A, to jeszcze to z literką B postanowiłem zostawić w Polsce. Ciekawe, co by się stało, gdybym zatrzymał się do kontroli policyjnej… O niej później.

Za wynajem na cały dzień oraz zalanie skuterka do pełna zapłaciliśmy jakieś… 25 zł. Śmiech na sali. Śmiechem też była moja jazda na początku, gdzie wydygany jechałem tuż przy krawężniku, nie przekraczając 20 km/h i modląc się, bym nie musiał skręcać w lewo. Szybko jednak stanąłem oko w oko ze śmiercią: aby ruszyć w kierunku celu naszej podróży, czyli wodospadów Ba Ho na północy Nha Trangu, musiałem włączyć się do ruchu skręcając w trudniejszym z kierunków. A że w danym miejscu nie było świateł, musiałem po prostu na pełnej wjechać w ławicę skuterów i liczyć na to, że system znany z przejść dla pieszych zadziała także i tutaj. Zadziałał, choć mnie do gardła podeszła zeszłoroczna Wigilia.

Kilka kilometrów dalej, już poza centrum miasta, jazda stała się przyjemniejsza, ponieważ na drodze nie było praktycznie nikogo. A skoro tak, to robiliśmy przystanki co krok, by fotografować malowniczą zatokę Vinh Nha Phu. Najpiękniejszy na trasie okazał się zakątek Vinh Luong (administracyjnie to wciąż Nha Trang), gdzie w malutkim porcie cumowały dziesiątki niebieskich łódek rybackich. Chwilę później wyjechaliśmy już na drogę krajową, gdzie znów wrócił ruch samochodowy, acz nie tak intensywny, jak w mieście. Ja, mając w nogach i rękach niebagatelne doświadczenie 45 minut jazdy, odważyłem się mocniej odkręcić manetkę gazu i śmiało szusować obok ciężarówek. Jedyne, co mi przeszkadzało, to znany myk Wietnamczyków z jazdą pod prąd oraz uciskający kask. Mój nienaturalnie wielki łeb pocił się i obcierał, a metalowy hełm gniótł mi skronie. Jednak bezpieczeństwo ponad wszystko, tym bardziej, że kierowca jednośladów ze mnie żaden i ciągle z tyłu głowy miałem, że zaraz może mi podjechać kółko, a ja skończę z rozoraną przez asfalt nogą.

Wietnamskie łzy

W końcu znaleźliśmy zjazd w kierunku wodospadów. Po drodze minęliśmy wioskę, po uliczkach której biegały bose, radosne dzieci, machające do nas niczym do dawno niewidzianych przyjaciół. Mimo że mieścina miała charakter rolniczy, to jednak co chwilę widywaliśmy jakieś knajpki. Ostatecznie jednak zatrzymaliśmy się przy domu z wiatą krytą strzechą. O tym, że można zamówić coś do jedzenia, świadczyła lodówka ustawiona frontem do uliczki, którą przyjechaliśmy oraz skromny szyld, który mówił nie wiadomo co.

Gdy tylko posadziliśmy zadki na krzesłach, podeszła do nas pani w średnim wieku, która wydając z siebie pojedyncze odgłosy wyraźnie dała do zrozumienia, że jej angielski skończy się na „yes” i „no”. Gospodyni nie przedłożyła jednego menu, jedynie postawiła szklanki, podała sztućce i uciekła do domu. Po chwili przyniosła nam mrożoną herbatę (po podróży w upale smakowała jak nektar bogów!) i znów zniknęła w kuchni. Po kilku minutach przyniosła nam po talerzu, na którym znaleźliśmy filet z kurczaka, jajko, pomidory (rzadki widok w Wietnamie) i ogórki. Całkiem smaczne, sycące i satysfakcjonujące, mimo że nikt z nas nie dokonał przecież żadnego zamówienia.

Na koniec obiadu oczywiście poprosiliśmy o rachunek, wykonując znaczący gest pisania po dłoni. Właścicielka przybytku policzyła nas za tonę herbaty i syte jedzenie po… 9 zł od osoby. Postanowiliśmy więc zaserwować jej nieco większy napiwek, wyciągając mniej więcej po 14 zł. Pani początkowo wyglądała na przerażoną – za chwilę miało się okazać, że dlatego, iż nie miała wydać. Kilka gestów dalej gospodyni płakała ze wzruszenia, że ktoś zostawia jej tak gigantyczny (procentowo) tip. Trochę zmieszana, ale szczęśliwa pobiegła do lodówki, by dać nam jeszcze po butelce zimnej wody. Przydała się.

Ta krótka chwila, to wzruszenie kompletnie obcej nam osoby i jej podziękowania to jak dla mnie najpiękniejszy moment tego wyjazdu. Sprawianie satysfakcji przy pomocy drobiazgów to cudowne imponderabilium. Polecam!

Dżungla, skały, jeziora

Kilkaset metrów za miejscem naszego obiadu mieści się brama do parku z wodospadami Ba Ho. Nie można do niego wjechać skuterem, ale można za to wynająć samochód elektryczny, który dowozi turystę w głąb lasu. My zdecydowaliśmy się na pieszy trip, okraszony boskimi widokami. Nad nami i po lewej królowała tropikalna dżungla, latały ogromne motyle i śpiewały ptaki, a po prawej płynął górski, krystalicznie czysty potok, który miejscami przeradzał się w „jeziora”. Jedno z nich, położone obok niewielkiego hoteliku, stanowiło miejsce nauki pływania kajakami oraz na paddle boardingu. Wśród „uczniów” królowali – a jakże – Rosjanie.

My poszliśmy dalej, wciąż wzdłuż wody, aż do kamiennego przejścia, które wiodło na drugą stronę kolejnego „jeziora”. Gdy minąłem turystkę (nie zgadniecie jakiej narodowości) w japonkach, byłem przekonany, że przed nami dość prosta droga. Okazało się jednak, że moje trampki oraz osłabiony przeziębieniem organizm nie nadają się na tę pełną wspinaczki drogę. Doszedłem więc do drugiego jeziora i wodospadu, ale musiałem odpuścić. Finalnie do końca doszli jedynie Ania Jakubowa oraz Mateusz. Gdy wrócili cały mokrzy po kąpieli w ostatnim jeziorze wiedziałem, że mam im czego zazdrościć. Tym razem pokonał mnie organizm.

Powoli udaliśmy się w drogę powrotną, robiąc sobie fotki wśród drzew i tankując wodę przed wejściem na skuter. Spokojnie sunąc przez znaną nam już wioskę, nieco zmieniliśmy trasę, by zobaczyć miejscowy cmentarz (a przy okazji – jak się okazało – skrócić drogę). Jest to, proszę Państwa, widowisko, szczególnie dla ludzi z naszego kręgu kulturowego. Zero smuty, wszystko wielobarwne, radosne, jakby utwierdzone realnym przekonaniem, że śmierć to raptem przystanek. Trudny do przełknięcia dla tych żyjących, ale jednak będący początkiem czegoś zdecydowanie lepszego dla duszy zmarłego.

Wśród ciężarówek, policjantów i ławicy

Powrót na główną drogę to czysta przyjemność. Jerry już kozak, więc wskazówka prędkościomierza często dochodziła do 65 km/h, a na górkach nawet i do wyższych wartości. Radośnie mijaliśmy więc innych skuterzystów i ciężarówki, jadąc w kierunku zachodzącego nad Nha Trang słońca. Serce mocniej zabiło nam w momencie, gdy w naszym kierunku zaczął machać policjant. Nie miałem pojęcia co zrobić, acz brak dokumentów kazał mi sądzić, że mam przejebane. Chyba jednak odpowiednio dobraliśmy się ekipą, ponieważ wszyscy kierowcy pomyśleli o tym samym: olewamy. W razie czego powiemy, że myśleliśmy, iż funkcjonariusz zatrzymuje jadącą za nami ciężarówkę. Skończyło się na tym, że w lusterku zobaczyłem jedynie policjanta, który zrezygnowany opuszcza ręce i… robi nic. Zakładam, że albo był leniwy, albo nie chciał robić draki białym turystom.

Szczęśliwy jechałem dziarsko przed siebie, łapiąc wiatr w brodę. Problemy zaczęły się po wjeździe do Nha Trangu. Zaatakowaliśmy miasto od innej strony, przez co od razu wpakowaliśmy się w gigantyczny korek, złożony z autobusów, małych dostawczaków i naturalnie setek skuterów. Tym razem jechałem jednak pewniej, wiedząc, że po prostu muszę wymijać innych uczestników ruchu dając im znać klaksonem oraz nie używać hamulców (chyba że na światłach). Największym ekstremum okazał się jedyny na trasie zakręt w lewo, poprzedzony sygnalizacją. Wiedzieliśmy, że jeśli poczekamy do zielonego, ławica napływająca z naprzeciwka nas rozjedzie. Pozostało jedno wyjście: walimy na oślep pod prąd, korzystając z chodnika – skoro Wietnamczycy tak robią, dlaczego nie my. A jakże, podziałało. Uff, koniec kłopotów…

Bullshit – w chwili, gdy nagle mój tor jazdy postanowił zatarasować duży autobus, straciłem z oczu resztę ekipy. Zapadł już zmrok, byliśmy w centrum tego kolorowego chaosu, więc musiałem jechać na oślep. Nie ważne, czy z prądem, czy pod prąd. Nieistotne czy zgodnie z przepisami, czy niekoniecznie. Ważne, by przeżyć. Po kilkunastu minutach kołowania wreszcie znalazłem moją ziemię obiecaną. Po zejściu ze skutera, kamień spadł mi z serca. Przetrwałem. Wnuki będą ze mnie dumne.

Chrześcijanin u Buddy i Durgi

W ostatni dzień pobytu w Nha Trangu ekipa postanowiła pojechać na południe, w kierunku lotniska, na prywatną plażę. Ja tymczasem zdecydowałem, że odwiedzę dwie duże świątynie: buddyjską i hinduistyczną (po czym skoczę na piwo do jednego z browarów). Wszystko to wyłącznie na piechotę (jakieś 12 km). Pomysł szalony, ale realizacja więcej niż satysfakcjonująca.

Long Son Pagoda to miejsce kultu buddystów, nad którym góruje potężny pomnik wiadomego koleżki, a wokół płoną kadzidła. Budynek stanowi oazę zieleni pośród betonowej metropolii, a zarazem miejsce wyciszenia i braku ryzyka zginięcia pod kołami szalonego skuterzysty. Niestety, mój brak pomyślunku uniemożliwił mi wejście do środka świątyni oraz podejścia pod pomnik Buddy. Powód? Krótkie spodnie. Buddyści poważnie podchodzą do tematu kultu, więc nie pozwalają na skalanie ważnych dla siebie miejsc nieodpowiednim strojem. Na szczęście umożliwiono mi wejście na teren pobliskiego cmentarza. To widok o tyle ciekawy, że wszystkie groby umieszczone są w murowanej ścianie (w 99% urny), zaś na płytach nagrobnych dominuje nazwisko Nguyen (nasz Nowak to pikuś przy swoim wietnamskim odpowiedniku) oraz symbol swastyki. Szkoda, że imć Adolf zgnoił ten symbol szczęścia i pomyślności w świadomości współczesnego świata zachodniego…

Hinduistyczna świątynia Po Nagar, poświęcona miejscowemu wcieleniu bogini Durga, to miejsce zdecydowanie bardziej skomercjalizowane, a przez to bardziej znane i popularne wśród turystów. Zapłacić należy już za sam wjazd (4 zł), a na miejscu można zaopatrzyć się w dziesiątki pamiątek. Włodarze pomyśleli także o ludkach w krótkich spodenkach. Do wnętrz Po Nangar nie wolno wchodzić w tym stroju, ale zawsze można wypożyczyć szarą tunikę, która okrywa ciało od stóp do głów. Nie omieszkałem. Wnętrze świątyni nie jest zbyt wielkie, bardzo ciemne, z figurką przypominającą Matkę Boską Loretańską (ciemnoskórą). Czciciele zostawiają dary dla bóstwa: ja dostrzegłem… chrupki Crunchips, gumę Orbit, jakąś oranżadę i chusteczki higieniczne. Nie wiem, czy szanownej Durdze takie „precjoza” się przydadzą, acz opiekuni świątyni z pewnością nimi nie pogardzą. 😉

Aha, w Po Nagar usłyszałem najgorszy „zespół” ever. Kilku gości tłukło się na bębenkach, bucząc jakieś melodie, a do tego tańcowały dziewoje. Problem w tym, że sekundujący im muzycy nie ułatwiali zadania, kompletnie nie trafiając w rytm i fałszując. Dziewczyny uwijały się jak w ukropie, udając uśmiech, ale trudno o szczęście, gdy twój akompaniament jest tak tragiczny. Na szczęście cudowna architektura i piękna przyroda zatarły wspomnienie o tym małym dramacie.

**

Warto do Nha Trang wybrać się w najbliższym czasie, póki jeszcze jest relatywnie nieduży jak na Wietnam (300 tys. mieszkańców) i dopiero czekający na prawdziwy zalew turystów z całego świata, na który zresztą cały czas się przygotowuje. Rząd kilkanaście miesięcy temu postanowił o znaczącym rozszerzeniu terytorium miasta i w ciągu najbliższej dekady liczba mieszkańców ma wzrosnąć do blisko 700 tys., co zaś przełoży się na dodatkowe setki tysięcy turystów. Zanim więc nastanie ten armagedon, zachęcam was do odetchnięcia tym niezwykłym, ale wciąż dzikim miastem i jego okolicami.

The post Reset w Azji, cz. 2 – Wietnam, Nha Trang first appeared on Jerry Brewery.

]]>
https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-2-wietnam-nha-trang/feed/ 0
Reset w Azji – cz. 1: Wietnam, Ho Chi Minh https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-1-wietnam-ho-chi-minh/ https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-1-wietnam-ho-chi-minh/#comments Wed, 13 Nov 2019 18:09:05 +0000 http://jerrybrewery.pl/?p=13308 Dwa tygodnie na drugim końcu świata, w kompletnie innej kulturze i klimacie, to znakomita szansa na wyzerowanie umysłu oraz spojrzenie na rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy. Rzeczoną perspektywę opiszę wam w trzech częściach podróżniczych wspomnień z Azji, zaczynając od największego miasta Wietnamu. Odkąd pracuję, jeszcze nie miałem tak udanych wakacji. „Udanych” – mam na myśli…

The post Reset w Azji – cz. 1: Wietnam, Ho Chi Minh first appeared on Jerry Brewery.

]]>

Dwa tygodnie na drugim końcu świata, w kompletnie innej kulturze i klimacie, to znakomita szansa na wyzerowanie umysłu oraz spojrzenie na rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy. Rzeczoną perspektywę opiszę wam w trzech częściach podróżniczych wspomnień z Azji, zaczynając od największego miasta Wietnamu.

Odkąd pracuję, jeszcze nie miałem tak udanych wakacji. „Udanych” – mam na myśli takich, w których mogę totalnie wypocząć umysłowo (fizycznie daliśmy sobie w kość, szczególnie w Singapurze). Serio, to pierwsza od siedmiu lat sytuacja, w której niemal całkowicie odciąłem się od wszystkiego, co mnie otacza w Polsce, za co już teraz z tego miejsca dziękuję rodzimej ekipie, która dała sobie radę beze mnie. 😉

To tak tytułem wstępu, nie chcę was bowiem męczyć moim umysłowym chilloutem. W najbliższych wpisach chciałbym wam przybliżyć com przeżył i zobaczył. A jest o czym opowiadać.

Ferajną do Azji

Temat wyjazdu do Wietnamu i Singapuru zrodził się nam w głowach (myślę też o Kubie Niemcu z The Beervault) przeszło pół roku temu, chyba w czasie Beerweek Festival. Ziom tamtą część świata już wizytował wraz z małżonką Anną zdaje się trzy lata temu, ale że za jednym zamachem wszystkiego obczaić się nie da, ochoczo myślał o kolejnym wyjeździe. A że mnie także kusiły tamte krańce świata, radośnie podłapałem temat.

Do towarzystwa dołączył Mateusz, którego kojarzycie ze słynnego tripu po Rumunii oraz jego siostra Ania. Takim zestawem zaczęliśmy kreować lot na Półwysep Indochiński.

Ponieważ to moja pierwsza wycieczka poza Europę, moje reisefieber obejmowało gros pytań, niewiadomych, niepewności. Co ze sobą wziąć (i ile)? Na co się przygotować? Jak ogarnąć kasę? Szczepić się czy nie? Co z wizami?

Loty, hotele, wiza

Organizację zaczęliśmy od wybrania terminu (po europejskim sezonie urlopowym, ale przed okresem monsunowym) i klepnięcia samolotów. Do Azji można wybrać się na wiele sposobów, ale od razu okazało się, że ten teoretycznie najbardziej „luksusowy”, czyli rzekomo najlepszymi liniami lotniczymi świata – Qatar Airways, jest wcale nie drogi, a i najbardziej wygodny. Dość powiedzieć, że za podróż Warszawa-Singapur via Doha zapłaciliśmy po mniej więcej 2200 zł. Z bagażami i żarciem na pokładzie.

Przeloty na trasie Singapur-Ho Chi Minh-Nha Trang (i z powrotem) ogarnęliśmy z kolei przy pomocy miejscowych linii VietJet. Kwerenda w necie pokazuje, że wietnamski przewoźnik jeszcze jakiś czas temu nie słynął ani z komfortu, ani punktualności, ani bezpieczeństwa, ale gdy Wietnam włączył tryb „będziemy kolejnym Azjatyckim Tygrysem”, sytuacja gwałtownie się poprawiła. Reasumując: na działanie VietJetu prawie nie mogliśmy narzekać.

Kolejny krok to hotele. Bogu niech będą dzięki za Booking.com, dzięki czemu przy zerowym wysiłku można znaleźć relatywnie tanie, a wygodne przysiółki. Ot, w takim Nha Trang wyczaiłem jednoosobowy hotel z prywatną łazienką za 55 zł za noc. I to w samym centrum, rzut beretem od plaży. W Ho Chi Minh (vel. Sajgonie) płaciłem niewiele więcej – jakieś 75 zł za nocleg. Najdrożej wyszedł Singapur, ale też w granicach rozsądku – hotel kapsułowy (hostel, jeno futurystyczny) za 90 zł dziennie.

Ostatni element przygotowań to zdobycie wizy do Wietnamu. Wszystko załatwia się online, skanując paszport, podrzucając aktualne zdjęcie i dokonując opłaty rzędu 100 zł. Trzy dni mielenia aplikacji przez urząd i cyk – papier ląduje na mailu.

Po przeglądnięciu wytycznych polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz po wysłuchaniu porad Giaccomo Tedesco, zdecydowałem się nie szczepić. Raz, że żadne kłucie nie jest wymagane, a dwa, że w Wietnamie i Singapurze wystarczy przestrzegać zasad higieny, by przeżyć bez przygód. Oczywiście, jak ktoś ma pecha, to i w tyłku palca złamie, dlatego na wszelki wypadek wykupiliśmy ubezpieczenie. Pro-tip: warto znaleźć takie, które… obejmuje transport zwłok. Nie to, by ktoś z nas miał ochotę się przekręcić, ale jako że nigdy nie wiesz, lepiej dmuchać na zimne. Ściąganie nieboszczyka z Azji może położyć budżet niejednej rodziny.

Hello, Vietnam

Nie chcę was zanudzać swoimi wrażeniami z trasy Warszawa-Doha-Singpaur-Sajgon, choć dla mnie był to pierwszy w życiu tak daleki lot, więc adrenalina pracowała na pełnych obrotach. Dość powiedzieć, że ani się obejrzałem, a zimne warszawskie powietrze zastąpił katarski zaduch, a moje cojones cierpiały z powodu obecności długich spodni. Aha, w Dosze (chyba tak to się odmienia) zjadłem najgorszy ramen w życiu.

Wysiadka w Singapurze, transfer do innego budynku (chwile to trwa – lotnisko Changi ma 4 gigantyczne terminale), obiadek i grzecznościowe sprawdzanie, czy tackę, na której przed chwilą miałem zupę z wieprzem, odkładam na właściwą kupkę, czyli nie-halal.

W końcu usadowienie zadka w czerwono-białym Airbusie należącym do VietJet. Na miejscu przywitały nas piękne, choć ewidentnie nienawidzące swojej pracy wietnamskie stewardessy, oraz piosenka, która stała się hitem tego wyjazdu. „Hello Vietnam” w wykonaniu pani Pham Quynh Anh to zgrabna popowa balladka, z nutką folku w aranżacji. Nie wyróżnia się kompletnie niczym, oprócz tego, że przed startem masz możliwość wysłuchać jej jakieś 10 razy. Okazuje się, że playlista na pokładzie samolotów VietJet zamyka się w 4 kawałkach, po dwa na start i lądowanie. Jakie szczęście, że „I believe I can fly” R. Kelly’ego dobiega z głośników, gdy jest się już na ziemi…

A propos ziemi – ta na południu Wietnamu przywitała nas rzęsistym opadem, który łomotał nietypowo długo jak na tę porę roku. Zaczął od drzwi Airbusa, a skończył dopiero 1,5h później, gdy byliśmy już w centrum miasta. Po drodze odstaliśmy swoje w kolejce paszportowej, gdzie oprócz dokumentu należało okazać wizę, zdjąć czapkę z głowy i pięknie się uśmiechnąć do pana kontrolera.

Zaraz za kontrolą czekały kantory i – co ciekawe – oferowały dongi po zupełnie rozsądnym przeliczniku. W tym miejscu warto dodać, że wietnamska waluta jest tak samo gówno warta jak polska złotówka przed denominacją. Dość powiedzieć, że obecny 1 zł to równowartość 6 000 dongów. Przez chwilę byliśmy milionerami…

Część naszego bogactwa oddaliśmy firmie, nazwijmy ją, taksówkarskiej, która zobowiązała się dostarczyć nas z lotniska pod sam hotel. Zamówione siedmioosobowe auto byłoby takim w praktyce, gdyby nie fakt, że wtedy bagaże musiałyby jechać na dachu. Miejscowy kierowca na migi pokazał, byśmy się nie przejmowali i w czwórkę zapakowali się na tylne siedzenie. Mile przygnieciony przez dwie Anny zacząłem chłonąć Ho Chi Minh zalane deszczem i skuterami.

Jazda po największym mieście Wietnamu to nie są rurki z kremem. Samochody i skutery żyją w dzikiej gromadzie niczym ławica ryb. Pchają się, wciskają na milimetry, ocierają kolanami, wbijają na siłę między dwa inne pojazdy, wykonują dziwne wolty. Ja, nawet jako pasażer, miałem żołądek w gardle i czekałem, aż niechybnie w coś przyfasolimy. Nic z tych rzeczy – Wietnamczycy taki styl mają we krwi i wszyscy wychodzą z tego szaleństwa w jednym kawałku. Klucz jest jeden: patrzeć przed siebie i, gdy trzeba, dodać gazu. Boże broń wciskać hamulec – wtedy zaburza się rytm tej ławicy, co może spowodować wypadek. System wypracowany jest na tyle genialnie, że nawet koleżka jadący rowerem, który jedną rękę miał zajętą przez tacę z pięcioma zupami pho, a drugą od czasu do czasu strzepywał papierosa, czuł się pewnie na trzypasmowym trakcie.

Po dobrych 30 minutach jazdy, kierowca – bez GPS! – perfekcyjnie wysadził nas pod hotelami (mieszkaliśmy w różnych). Ja wybrałem całkiem sympatyczną klitkę z łazienką na 7. piętrze wąskiego, acz wysokiego budynku, co jest widokiem dość częstym w Wietnamie. Kto wie, być może tutaj, podobnie jak choćby w Belgii czy Holandii, podatek od nieruchomości płaci się wyłącznie za „podstawę” budynku. Widok z okna może nie był zbyt szczególny, a dodatkowo rano w bonusie miałem… piejącego koguta (kto trzyma ptactwo domowe w centrum miasta?!), ale nie narzekałem. Najważniejsze, że mogłem wygodnie spać i komfortowo się umyć.

Bui Vien

Ale, ale – nie przyjechaliśmy do Azji spać! Mimo że po kilkunastu godzinach lotu i wątpliwej jakości drzemki w powietrzu, nie mieliśmy ochoty na tulenie się do poduszek i od razu ruszyliśmy w kierunku ulicy Bui Vien. W świadomości internetu funkcjonuje ona jako najbardziej zabawowy zaułek Wietnamu. Faktycznie, idąc wzdłuż wypełnionego po brzegi ludźmi i skuterami deptaku, co chwila trafia się na głośne dyskoteki. „Głośne” – mam na myśli ten poziom decybeli, że nawet stojąc na ulicy przed klubem nie można usłyszeć swoich myśli. Muzyka? Typowo pod turystę z amerykańsko-europejskiego kręgu kulturowego.

Oprócz masy dyskotek, Bui Vien „kusi” tym, co każda inna uliczka Ho Chi Minh. Gdybym miał ochotę odpowiedzieć na każde zawołanie „foot massage, sir!!!”, moje stopy tego wieczoru masowałoby pewnie z 40 par wietnamskich rąk. Zeżarłbym mniej więcej tyle samo zup pho, a dodatkowo, gdybym przybił piątkę pani handlującej papierosami, ta zza pazuchy wyciągnęłaby mi „some marijuana”. Ciekawostka: palenie i handel zielonym grozi tu śmiercią, ale to tylko pozory. Turysta przyjechał tu się zabawić, więc nie wolno mu odmówić żadnej przyjemności, prawda? Pieniądze pachnące trawą są warte tyle same, co te nieskalane THC.

Tylko słówko o piwie!

Centrum Ho Chi Minh to także kopalnia ciekawych miejsc piwnych – im poświęcę inny tekst. Dodam tylko, że cena kraftu w Wietnamie nie należy do najtańszych. Za IPA w wielkości 0,4l lekką ręką trzeba zapłacić ok. 17 zł. Deski degustacyjne (czasami na 4, czasem na 6 piw; niekiedy 150 ml, innym razem 220 ml) to także wydatek nie mniejszy niż 40 zł. Nie są to może liczby zatykające dech w piersiach, szczególnie mieszkańcom dużych miast, ale biorąc pod uwagę inne ceny w Wietnamie, należy je uznać za szalone. Tym bardziej, że dość przyzwoity Bia Saigon Lager (ichnia wersja Perełki Chmielowej) kosztuje równowartość 1,5 zł… Cóż, za kraft w kraju z żółtą gwiazdą na fladze odpowiadają w głównej mierze Amerykanie, którzy zdecydowanie nie robią tego pro publico bono.

Dodam w tym miejscu, że lokale kraftowe są tutaj naprawdę świetne jeśli chodzi o atmosferę. Rogue zrobiło na nas wrażenie stolikami na dachu i dziką imprezą (rozkręcaną przez nasze Anny), zaś lokal firmowy Pasteur Street urzekł nas muzyką wykonywaną na żywo przez wietnamskie trio. Wbrew pozorom nie była to miejscowa wersja „Ken liiiii”, ale kapitalnie zaśpiewane (i wymówione) covery. O tym jednak w innym tekście…

Streets Of Ho Chi Minh

Wróćmy na ulicę, a konkretnie chodnik. Już pierwsze stanięcie na owym okazało się dla mnie życiową lekcją. Otóż sztywne stanie w miejscu to nie jest dobry pomysł, szczególnie w pobliżu skrzyżowania. A to dlatego, że twoja osoba może nieopatrznie znaleźć się na torze jazdy skuterka. Wietnamczycy w tańcu się nie szczypią i jeśli mają taki kaprys, skracają sobie drogę, jadąc po chodniku, często pod prąd. Nikt nie protestuje, trzeba przywyknąć. Podobnie jak do tego, że przechodzenie nawet na zielonym świetle nie gwarantuje, że przed i za tobą nie przejedzie jakiś pojazd. Tutaj znów taktyka jest jedna: patrz przed siebie i idź spokojnie naprzód. Wtedy każdy kierowca, nawet ten pędzący na czerwonym świetle, spokojnie cię ominie i nie zrobi ci krzywdy.

Spacerując wieczorem po Ho Chi Minh warto też patrzeć pod nogi, by nie wleźć w jakieś śmieci, albo nie zdeptać milutkiego szczurka. Miejscowe, nazwijmy, MPO działa bowiem tak, że właściciele lokali wywalają wszystkie odpadki na brzeg chodnika, czasami nawet pchają je do studzienek kanalizacyjnych, a służby zgarniają je po zmroku do wielkich worów. Co się dalej z nimi dzieje, tego nie wie nikt.

Trudno też odpowiedzieć, co się dzieje z czasem wolnym mieszkańców Wietnamu i czy taki w ogóle istnieje. Całymi dniami siedzą oni w witrynach swoich lokali (często pokaźną grupą, dla towarzystwa). Jedni serwują jedzenie, inni masują to i owo, jeszcze inni sprzedają paciorki i inne lipne precjoza, a część z nich grzebie przy skuterkach. Po skończonej robocie widoczna część z nich nie jedzie do domu (czy w ogóle takowy istnieje?), tylko kładzie się w śpiworze przed sklepem, rozwiesza hamak pomiędzy drzewami, albo nawet rozkłada się na siodełku skutera i tak śpi. W żadnym wypadku nie są to kloszardzi czy inni bezdomni. Wychodzi po prostu na to, że nie opłaca im się wracać na noc do siebie, by gnać do miejsca pracy z powrotem na 6-7 rano. A że noce są ciepłe niemal cały rok, a opady krótkie, sen pod gołym niebem nie stanowi wyzwania.

Street Food

Podobno na jedzenie w Azji należy uważać, ale jeśli miałbym brać miarkę na podstawie Sajgonu, Nha Trang i Singapuru, powodów nie widzę. Nie miałem ani krztyny problemów gastrycznych i choć nie wszystko mi smakowało, to zawsze miałem przynajmniej wrażenie, że dostaję „czystą” potrawę.

Ceny w Ho Chi Minh zachęcają do jedzenia „na ulicy”. Serio, najwięcej kosztował mnie jakiś wymyślny „sea food” z ryżem i warzywami, za którego zapłaciłem jakieś 20 zł. Zupki pho mieściły się w przedziale 9-12 zł, a smażone ryże i makaron ok. 15 zł. Dodam, że każda potrawa była syta i aromatyczna, więc jedną porcją spokojnie można było zadowolić się na kilka godzin spacerowania. Ciekawa obserwacja: lokale, które – przynajmniej wizualnie – aspirowały do miana trochę lepszych, kompletnie nie radziły sobie z przygotowaniem mięsa. Kościste fragmenty kurczaka (jedna kość o mało mnie nie udławiła), twarda, żylasta wołowina to doznania wcale nie takie rzadkie.

Wniosek? Lepiej jeść tam, gdzie miejscowi. W niewielkich, teoretycznie dość obskurnych, ale jednocześnie świetnych jeśli chodzi o smak i zapach jadłodajniach. Tutaj jednak dwie uwagi. Po pierwsze: jeśli nie lubicie liści kolendry, trawy cytrynowej oraz bazylii wietnamskiej (szczególnie ta ostatnia bywa wymagająca), większość dań miejscowej kuchni będzie dla was wyzwaniem. Druga uwaga nie otwierajcie mokrych chusteczek, które część lokali podaje razem z paszą. Za każdą właściciel może kazać sobie zapłacić i nie będą to sprawy groszowe. Już pal licho to, ale fajnie, gdyby o tym fakcie informowano przed posiłkiem.

A propos takich „tajnych” informacji. Nie wszędzie tak jest, ale niektóre miejscówki podają ceny netto. Czasami trzeba do nich doliczyć 10% VAT, a niekiedy kolejne 7% „obsługi kelnerskiej”. W tym wypadku taka wiadomość zazwyczaj jest podana w menu, ale bywa niespodzianką. Aha, warto wspomnieć, że Wietnamczycy – pomijając te obowiązkowe tipy – raczej nie wypatrują napiwków. Jednak gdy już je dostaną, ewidentnie widać radość na ich twarzy. O tym jednak napiszę w kolejnym tekście.

Kończąc temat żarcia, odsyłam zainteresowanych państwa do Bitexo Financial Tower, zdaje się nie najwyższego, za to najbardziej efektownego budynku Sajgonu. Miejscowa galeria handlowa ma na pokładzie pokaźny food court z cenami rodem z ulicy, za to w typowo wielkomiejskim klimacie. Za fantastyczny ramen zapłaciłem tutaj jakieś 13 zł, Kuba i Mateusz wsunęli potężne porcje wietnamskich kociołków za równowartość mniej więcej 12 zł (mały).

A propos kociołka – polecam spróbować. Oto na rozżarzonym, yyy, czymś (niebieska, palna substancja) kładzie się naczynie z bulionem i do tego dostaje się talerz pełen wszystkiego: posiekanych warzyw, mięsa i owoców morza, a także przypraw. Jedzący może sobie na bieżąco wrzucać do kotła kompozycję, o jakiej aktualnie marzy i wyławiać sobie na sąsiedni półmisek. A później operację powtórzyć w innym zestawie surowców. Chłopaki pożarli kociołek samodzielnie. Przy stoliku obok posiliła się nim czteroosobowa rodzina. 😉

Skydeck i okolice

Skoro już jesteśmy przy Financial Tower, nie sposób nie odwiedzić 52. piętra tejże budowli, by zobaczyć panoramę Ho Chi Minh. Może i nie jest ona przesadnie efektowna – las budynków, położonych na płaskim terenie, przecięte brązową rzeką – ale daje obraz, z jakim molochem mamy do czynienia. 8,5 miliona mieszkańców upchanych w betonowo-ceglanym buszu – to musi robić wrażenie.

Wyjazd na taras widokowy na szczęście można uczcić piwem, kawą czy drobną przekąską, acz ceny są tu horrendalnie wysokie. Zawsze można wejść też na górę w stylu amerykańskich instagramerów, którzy olali grzeczność (a ta wymaga, by jednak coś zamówić), twierdząc, że wpadli jedynie zrobić fotki, a w zamian oferują promocję miejsca. Mili kelnerzy nie odezwali się ani słowem, choć zapewne chętnie wypchnęliby tę parkę za okno.

My woleliśmy zjechać windą, więc zamówiliśmy po Tigerku (azjatycki koncerniak) i ruszyliśmy dalej. Financial Tower mieści się w centrum, gdzie człowiek może poczuć się jak w dużym mieście europejskim. Drapacze chmur, budynki z eleganckimi fasadami, marki znane nam z rodzimych galerii handlowych, do tego pięciogwiazdkowe hotele, elegancko ubrani ludzie. Downtown pełną gębą. Po okolicy rozsiane są budowle pamiętające jeszcze czasy kolonialne, jak na przykład piękna poczta, urząd miejski, czy świątynia Notre Dame. Ze swą imienniczką z Paryża nie ma zbyt wiele wspólnego, oprócz gotyckich nawiązań (sama powstała w drugiej połowie XIX w.). Co miłe, na czas Mszy Świętej świątynia jest zamykana dla turystów, dzięki czemu wierni mogą się pomodlić w spokoju. Mała rzecz, a cieszy.

Miejski targ

Sporo małych, cieszących rzeczy, znaleźć można na miejskich targach, szczególnie w tym najpopularniejszym, Ben Thanh. Na powierzchni wielkości stadionu piłkarskiego znajduje się prawie wszystko. WSZYSTKO. Najpierw wita nas mulisty smród owoców morza, chwilę później robi się przyjemniej, bo rzeczone owoce trafiają do garnków. Kilka kroków dalej króluje kawa, owoce i inne łakocie, a jeszcze dalej zaczyna się El Dorado dla łowców pamiątek.

Wietnam to jeden z tych krajów, gdzie kupujący wołają za tobą, gdy tylko cię widzą, chcąc wcisnąć ci choćby jedną małą rzecz. Przy głównych alejkach ich aktywność ogranicza się do nawoływania i machania ręką, jednak gdy zapuścisz się w boczne… Sprzedawcy zmieniają się w zombie, które uwieszają się u twoich rąk, czasami nawet szyi, powtarzając jak mantrę „You need some shirt?”, „You need some hat?”, „You need some shoes?”. I tak w kółko. Opędzić się nie sposób, przemknąć niezauważonym – ani tyle. Na szczęście po przebrnięciu (bez żadnego zakupu!) przez tę dżunglę, portfel i komórka zostały na miejscu. Wietnamskie zombie mają przynajmniej trochę klasy.

Inny rytuał, którego nie znoszę, to targowanie. Nie ma tak, że weźmiesz za tyle, ile ci sprzedają. Pomijając fakt, że wyjdziesz na frajera (cenę spokojnie można zbić o jakieś 60-70%), to jeszcze będziesz podjudzany do działania przez sprzedawców czerpiących radość z samego faktu targu. Za narzędzie komunikacji służy kalkulator (bo Wietnamczycy są tragiczni w angielskim), gdzie ty piszesz abstrakcyjnie niską cenę, a twój kontrahent kręci nosem, krzyczy, że go ograbiasz i proponuje znacznie wyższą (ale niższą od początkowej). Wtedy ty rwiesz resztkę włosów z głowy, klniesz po swojemu, że to rozbój w biały dzień (mam wrażenie, że miejscowi rozumieją te żachnięcia), z łaski proponujesz odrobinę więcej, niż za pierwszy razem. Sprzedawca płacze, zaraz później się śmieje, za chwilę zaś szlocha, przez łzy wbijając kolejną proponowaną kwotę. Ty w ramach scenki ostentacyjnie odchodzisz urażony od stoiska. Sprzedawca, niczym Rejtan, grodzi ci drogę, dając upust 50% i dorzucając coś od siebie. Dobra, można na to przystać.

Być może powyższa scena wydaje się wam zabawna, albo sympatyczna, ale mnie osobiście męczy. Takie masowanie się dla sportu to ja mogę uprawiać, sprzedając piwo kontrahentom. W tym wypadku wolałbym położyć na stół jasno określoną kwotę. Na szczęście na targu są i takie, specjalnie oznaczone miejsca, głównie z ładniejszymi ubraniami, gdzie cena jest z góry ustalona i nikt nie ma ochoty odbywać z tobą rytuału transakcyjnego. Ufff…

Delta Mekongu

Ostatnia odsłona pobytu w Ho Chi Minh to wyprawa do Delty Mekongu. Ta gigantyczna rzeka swój bieg zaczyna w Chinach, biegnie przez cały Półwysep Indochiński, by znaleźć ujście do Morza Południowochińskiego właśnie na południu Wietnamu. Mekong trafia doń jedną z siedmiu odnóg, a my mieliśmy okazję wizytować tę położoną najbardziej na wschód.

Wszystko za sprawą wycieczki, którą kupiliśmy w jednym z podejrzanie wyglądających biur w Sajgonie. Jednak że wszystkie wyglądają tam w ten sposób, więc wzięliśmy ryzyko na klatę. Zwłaszcza, że nie było Bóg wie jak drogie – opiewało na raptem 70-75 zł. W tej cenie dostaliśmy przejazd na miejsce (2h w busiku sunącym po niezbyt okazałej autostradzie), liczne rejsy łodziami, napędzanymi zarówno silnikiem, jak i siłą mięśni, do tego obiad i degustacje miejscowych specjałów. Cena, uważam, więcej niż przyzwoita. 😉

Na wycieczkę ruszyliśmy o 8:00 rano. Już sam wyjazd Ho Chi Minh robi wrażenie, gdyż przez kilkadziesiąt minut mijasz milion identycznych budynków i skrzyżowań, by w końcu znaleźć się poza metropolią. Wszystko, co poza miastem, przypomina mi – zachowując oczywiście odpowiedni dystans – Słowację, Węgry czy Rumunię. Gigantyczne pola, obsiane głównie ryżem, z przypadkowo postawionymi budynkami, rozsypującymi się garażami i niekiedy efektownymi barami przydrożnymi. W jednym z nich osuszyliśmy kubeczki z kawy.

Najciekawszy widok w czasie tej trasy stanowiły kolorowe… groby. Wietnamczycy mają taki zwyczaj, że swoich bliskich, związanych z pracą na polu, często chowają właśnie w miejscu, w którym spędził większość życia. Nie wiem, czy byłbym skory jeść ryż nawożony truchłem mojego dziadka, ale tam nikt takich oporów nie ma.

Podróż busikiem kończy się na brzegu delty. Przewodnik zachęca do zakupienia wody oraz nakrycia głowy. Zdecydowałem się na to słomiane cholerstwo. Efekt taki sam, jak w każdej innej czapce: z mojej łysiny lał się wodospad potu. To ja już chyba jednak wolę udar.

Główną areną naszych podbojów Mekongu była wysepka o nie mam pojęcia jakiej nazwie, w każdym razie stanowiąca granicę prowincji Tien Giang. Najpierw zaprowadzono nas do daczy krytej słomą, gdzie degustowaliśmy miejscowe owoce oraz herbatę. Większość miejscowych słodkich roślinek dąży ku mocnemu, przejrzałemu aromatowi i smakowi. Jest on intensywny, ale bardzo przyjemny (vide smoczy owoc), hardcore zaczyna się przy durianie. Żeby zarysować skalę jego intensywności, napiszę jedynie, że jest on zakazany w Singapurskim metrze.

Po miłym smakowaniu, okraszonym regionalnym śpiewem, przenieśliśmy tyłki na spotkanie z pytonem oraz z pszczołami. Mam ambiwalentny stosunek do węży i o ile te małe mogę na ręce brać, tak zrobienie sobie zdjęcia z kilkudziesięciokilogramowym skubańcem, który w sekundę mógłby zmiażdżyć mi kark, jakoś mnie nie kręci.

Podobnie jak wsadzanie palca w grupę pszczółek, nawet tak milutkich i małych, jak te wietnamskie. Zdecydowanie preferuję degustację ich wyrobów, a te są równie smaczne, jak w Polsce. Poczęstowano nas herbatką, podkręconą miodkiem i muszę przyznać, że mlaskałem z zadowolenia.

Po tej orgii smaków przyszło nam, przy pomocy końskiego (strasznie wychudzona szkapa) zaprzęgu, dotrzeć na drugi koniec wyspy. Obfitująca w piękne krajobrazy wycieczka kończyła się przystanią, w której sadowiliśmy tyłki w drewnianych łodziach, napędzanych przez dwójkę miejscowych. Kolejne 10-15 minut to spokojny spływ małą rzeką/kanałem, otoczoną bujną roślinnością. Mimo tony turystów, okolica jawi się jako spokojna i idealna do wyciszenia.

Na końcu spływu czekały na nas już duże łodzie silnikowe, które zawiozły nas na kolejną wyspę, gdzie zobaczyliśmy, co można z węża i krokodyla zrobić. Wódeczka? Proszę bardzo. Destylat, w którym leżakują martwe węże smakował niczym dobre brandy, w życiu bym nie pomyślał, że piję gadziego umarlaka. Torebki? Paski? A i owszem, są, choć niekoniecznie można je wywieźć poza Wietnam. A już prawie na pewno nie można wwieźć do Singapuru. Mimo że mamy tylko/aż utylitarny stosunek do większości zwierząt, prawo międzynarodowe zabroniło nam skorzystać z ich dobrodziejstw.

Szczęśliwie prawo nie zabroniło spróbowania cukierków, tworzonych na miejscu ze świeżo rozłupanego kokosa. Fascynującym jest, że Wietnamczycy wykorzystują dosłownie każdy jego element, tu nic się nie marnuje. Nie zmarnowało się też jedzenie, które zaserwowano nam na obiad w środku dżungli, do którego dopłynęliśmy kolejną łodzią. Kurczaki, buliony, dużo miejscowych warzyw – zestaw tyleż oczywisty, co smaczny. Na koniec można było jeszcze porozmawiać z krokodylami, by chwilę później udać się w pielgrzymkę powrotną do Ho Chi Minh.

**

Po przyjeździe do miasta miałem wrażenie, że to ono jest bardziej dzikie i nieokrzesane, niż wietnamska dżungla. Ta żyje spokojnie, majestatycznie, według dawno określonych reguł. W Sajgonie regułą jest chaos, który możesz przeżyć będąc mocno skoncentrowanym na swojej drodze, pewnym siebie, nie patrzącym się za siebie. To brzmi jak cytat z jakiegoś coachingu, czy innego kazania, jednak wietnamskie życie jest chyba kwintesencją tego, do czego każdy z nas dąży. Szczęścia. Brudnego, niepoukładanego, często niewyedukowanego, z brudnymi zębami, krzywymi palcami u stóp i potarganą kapotą, ale jednak szczęścia.

Koniec części 1. 😉






The post Reset w Azji – cz. 1: Wietnam, Ho Chi Minh first appeared on Jerry Brewery.

]]>
https://jerrybrewery.pl/reset-w-azji-cz-1-wietnam-ho-chi-minh/feed/ 1
Rzym – puls, jaki lubię https://jerrybrewery.pl/rzym-puls-jaki-lubie/ https://jerrybrewery.pl/rzym-puls-jaki-lubie/#respond Tue, 19 Feb 2019 07:00:33 +0000 http://jerrybrewery.pl/?p=13016 Z jednej strony upstrzony śmieciami, nocującymi pod gołym niebem imigrantami i agresywnymi sprzedawcami badziewnych selfie-sticków. Z drugiej ciepły, przyjemnie dynamiczny, radosny. Rzym polubiłem już po kilku godzinach pobytu. Kliknij na zdjęcia żeby powiększyć. 😉 We Włoszech byłem już kilka razy, ale jakoś tak wyszło, że z Rzymem nie miałem po drodze. Okazją do wizyty, którą…

The post Rzym – puls, jaki lubię first appeared on Jerry Brewery.

]]>

Z jednej strony upstrzony śmieciami, nocującymi pod gołym niebem imigrantami i agresywnymi sprzedawcami badziewnych selfie-sticków. Z drugiej ciepły, przyjemnie dynamiczny, radosny. Rzym polubiłem już po kilku godzinach pobytu.

Kliknij na zdjęcia żeby powiększyć. 😉

We Włoszech byłem już kilka razy, ale jakoś tak wyszło, że z Rzymem nie miałem po drodze. Okazją do wizyty, którą planowałem od dawna, były urodziny mojej Rodzicielki, która wymarzyła sobie, by odwiedzić bazylikę św. Piotra, zobaczyć grób JPII (w ważnej sprawie rodzinnej) i posłuchać, co w antyku piszczy.

Bazylika Św. Piotra by night

Różańcowe Tajemnice Samolotowe

Istotny wniosek: jeśli przedstawiciel waszej Starszyzny Plemiennej dotąd nie leciał samolotem i ogólnie rzecz biorąc nie pała radością na myśl o pobycie w przestworzach, nie próbujcie go przekonać, że będzie spoko (mimo że obiektywnie rzecz biorąc będzie). Moja Mama wielokrotnie odwiedzała Włochy, ale zawsze przy użyciu autobusu. Ja doszedłem do wniosku, że jazda 30 godzin to głupota, skoro możemy to samo załatwić w 1,5 h (dobra, odrobinę dłużej, licząc odprawy, dojazdy itd.)…

No to polecieliśmy. Sądzę, że Rodzicielka w trakcie podróży wymyśliła nowy zestaw Tajemnic Różańcowych, ponieważ dotychczasowe cztery z pewnością nie wystarczyły jej na całą podróż. Po nierównej walce ze swoimi lękami udało jej się w całości przelecieć w obie strony, ale wniosek ma jeden: więcej do samolotu nie wsiądzie. Trudno mi to zrozumieć, ale uszanować muszę. 😉

Od pierwszego oddechu

Nie wiem, czy też tak macie, ale ja jestem w stanie stwierdzić, czy lubię dane miasto, już w ciągu pierwszej godziny-dwóch pobytu. Berlin, Wiedeń, Rotterdam – tu coś od razu mi nie zażarło. Rzym, Porto, Budapeszt – je polubiłem od razu. Myślałem nad tym fenomenem przez chwilę i chyba znalazłem odpowiedź: puls i luz.

Fontanna di Trevi

Pierwsze trzy miasta są jak dla mnie zbyt sterylne, zbyt sztywne, jakby za zasłoną doskonałości chciały ukryć jakąś chorobę, która je trawi. Kolejne trzy cechują się czymś kompletnie odwrotnym: luz, vibe, radość płynąca nawet z koloru budynków, z drzew, a przede wszystkim twarzy napotkanych osób. Te miasta pachną inaczej (i nie mówię tu o urnie Panów Żuli), ich tętno bije równo z Twoim, życie tu płynie w rytmie, w którym chce się wypoczywać. Nie wiem, czy dałbym radę tu mieszkać i pracować, za to do złapania oddechu – lepiej nie widzę.

Na dłuższą metę pewnie wkurzałoby mnie bałaganiarstwo Włochów, którzy mają gdzieś wyrzucanie śmieci (przede wszystkim petów) do kosza. Inna sprawa, że za bardzo nie mają okazji, bo tych jest tu jak na lekarstwo. Cholera by mnie wzięła, gdybym na każdym rogu musiał codziennie odganiać się od dziesiątek gości, którzy chcą mi wcisnąć beznadziejnej jakości selfie-sticka, power bank lub badziewne pamiątki. Ciekaw jestem, czy oni cokolwiek są w stanie sprzedać.

Typowy widok z okna

Wracając do sedna, ogromnie kręci mnie architektura Rzymu i tu nie chodzi mi o antyk. Te piaskowe mury, te zielone serranty, ta równa wysokość, nie zaćmiona żadnym drapaczem chmur, jedynie co jakiś czas przecięta wieżą kościoła lub kopułą bazyliki. Całość ozdobiona palmami, piniami i inną roślinnością charakterystyczną dla południowej części Europy. W takim otoczeniu nawet twoje oczy odpoczywają.

Jak oni to zbudowali?

Pamiętam, że gdy czytałem podręczniki do historii, zawsze zachwycałem się na myśl o architektonicznym geniuszu Rzymian, ale prawdą jest, że w pełni docenia się go dopiero po zobaczeniu tego wszystkiego na własne oczy. Jak, do jasnej anielki, udało im się wznieść takie monstrum, jakim w rzeczywistości jest Koloseum?! Jak stworzyli takie cudeńka, jak Kapitol, Panteon czy cały Palatyn? I najważniejsze: jak to możliwe, że spora część z tych budowli stoi do dziś i nadaje się do zwiedzania?

Bez dobrego obiektywu ciężko uchwycić potęgę Koloseum

Tak sobie myślę, że wycieczka do Rzymu to bardzo dobra okazja, by zaszczepić w dzieciach miłość do matematyki i fizyki, wyjaśniając im, że to właśnie te dwie dziedziny nauki pozwoliły przełożyć ludzkie fantazje na rzeczywistość, którą możemy cieszyć się kilka tysięcy lat później. Z drugiej strony dzieciaki z pewnością mogą złapać bakcyla sztuki. Ja wiem, nagie siuraki w rzeźbie każdego faceta w XXI w budzą co najwyżej śmiech (niby żyjemy w dobie ponownego kultu ciała, a mam wrażenie, że kompletnie się go wstydzimy), ale misterne odwzorowanie mięśni i twarzy rozkłada na łopatki.

Marek Aureliusz pozdrawia

Sacrum

Podobnie wykonanie i wykończenie tutejszych budowli sakralnych. Niezależnie od wyznania (tudzież jego braku) nie sposób nie zachwycić się dziełami rąk ludzkich, jakimi są rzymskie kościoły i – przede wszystkim – bazylika Św. Piotra w Watykanie (obecnie drugi największy budynek świątynny na świecie), otoczona sławetnym placem. Mimo swoich gigantycznych rozmiarów bardziej cieszy, niż przytłacza.

JPII

Wnętrze kryje w sobie mnóstwo zakamarków, które można eksplorować godzinami. Piękne malowidła, bezbłędne rzeźby i freski, urzekające precjoza. Co ważne, bazylikę ułożono tak, że dosłownie w każdej jej części znajdzie się miejsce na modlitwę w ciszy. Jest więc w tym najpopularniejszym turystycznie miejscu Wiecznego Miasta moc sacrum.

Skądinąd ważne info: o tej porze roku liczba pielgrzymów przybywających do Watykanu jest – rzekłbym – umiarkowana, dlatego jeśli macie chęć na swobodne przemieszczanie się po Bazylice, a w dodatku zależy wam, by bez żadnych problemów dostać się na Plac w niedzielę o 12:00 (tradycyjny „Anioł Pański” wraz z błogosławieństwem udzielanym przez papieża Franciszka), luty będzie idealnym miesiącem. Tym bardziej, że pogoda w Rzymie w tym okresie już jest świetna. Ja przez sporą część dnia chodziłem w t-shircie.

Ołtarz w Bazylice. Pod nim spoczywa – rzekomo – św. Piotr

Profanum, czyli piwo

Zejdźmy jednak na ziemię i skupmy się na tym, co tygrysy lubią najbardziej – na piwie. W piątek i sobotę wieczorem pojechałem na miasto, by odwiedzić kilka przybytków, które polecali mi moi znajomi oraz Ratebeer. Wśród nich chciałbym wróżnić 5, które moim zdaniem są punktem obowiązkowym dla każdego fana piwa. Podkreślam więc: wybór czysto subiektywny, z ważną informacją, że nie przeszedłem nawet 1/10 knajp w stolicy Włoch.

4 z nich znajdują się na Zatybrzu, jedna – niedaleko tej dzielnicy, acz po drugiej stronie Tybru (dygresja: strasznie wąska ta rzeka, choćby w porównaniu do Sekwany w Paryżu, Tamizy w Londynie czy Wisły w Krakowie). Od niej zaczniemy. Ale najpierw mapka (punkty 2 i 3 na siebie nachodzą!).

1. Open Baladin

Firmowa knajpka jednego z najbardziej cenionych włoskich browarów (głównie za zniewalające Xyauyu) położona jest relatywnie niedaleko Kapitolu, acz w bocznej uliczce, bez żadnego szyldu. Dlatego też ciężko na nią trafić, jeśli nie wie się, gdzie szukać.

Wnętrze cieszy przede wszystkim zniewalającą wystawką, złożoną z pustych butelek po sztosach browaru z Piemontu. Człowiek, który byłby w posiadaniu wszystkich tych szkieł w wersji nieopróżnionej, mógłby zarobić naprawdę sporo kasy. Do tego mamy kolorowe, wysokie stoły, przy których możemy degustować piwo i zjeść małe co nieco. Na ponad 30 kranach znajdziemy nie tylko piwa gospodarzy, ale też sporo produktów zaprzyjaźnionych browarów, z Birrificio Lambrate na czele. Do tego w menu dostępne są naparstki z niektórymi rocznikami Xyauyu oraz destylatów markowanych nazwą Baladin. Nie brakuje sklepiku, w tym oczywiście całej baterii sztosów (ceny od 20 EUR w górę). Na plus dostępność zestawów degustacyjnych, podawanych na papierowych podkładkach z opisem piw.

2. Ma Che Siete Venuti A Fa?

Prawdopodobnie najsłynniejszy piwny lokal w Rzymie na pozór wygląda niezbyt okazale i trochę przypomina Zly Casy w Pradze. Małe pomieszczenia na górze, z niekoniecznie wygodnymi wysokimi siedzeniami, na dole nieco przestronniej. Do tego głośno ryczące telewizory z transmisjami meczów nie tylko ligi włoskiej, stąd pewnie obecność licznego grona Anglików. Nazwa (delikatnie tłumacząc: „Po cholerę żeś tu przylazł?”) także mogłaby odrzucić co wrażliwszego klienta.

Na szczęście wszystkie te, nazwijmy to, minusy, przykrywane są przez świetną, rzeczową obsługę, sympatyczną atmosferę i przede wszystkim rewelacyjny wybór piw. Wystarczy spojrzeć na ich oceny na Untappd i porównać z menu innych knajp… Inna sprawa, że ceny mają tu rozsądne (jak na kraj rozliczający się w Euro): 4 EUR za małe, 8 EUR za duże – cena sterowana wielkością próbki. O jedzenie nie pytałem, ale coś mi się wydaje, że nie ma.

3. Bir & Fud

Jeśli chcecie koniecznie coś zjeść, wystarczy, że przejdziecie na drugą stronę uliczki i wejdziecie do Bir & Fud. To bardzo udane połączenie multitapu z restauracją. Pierwsza, wąska część połączona z małym ogródkiem, to królestwo beer geeków. 21 kranów, nie tylko włoskich i nie tylko krafotwych, ale na pewno satysfakcjonujących.

Druga, przestronna część to z kolei miejsce dla miłośników jedzenia, przede wszystkim włoskiej kuchni w każdej postaci (z dominującą rolą pizzy i penne). Przyczepiłbym się może do bladego światła w części „jadalnej”, które odbiera nieco uroku tej lokalizacji, ale to tak naprawdę szukanie dziury w całym.

4. Brasserie 4:20

Niech Was nie zmyli belgijsko brzmiąca nazwa lokalu – na 18 kranach znajdziemy tu przede wszystkim włoski kraft oraz odrobinę klasyki pod postacią Weizena i Schwarzbiera z Niemiec oraz rzemieślniczego cydru z Anglii.
Sam lokal jest położony w czym w rodzaju nasypu/viągu garaży, niczym Beer Mile w Londynie, tyle że górą nie przebiegają tory, a stoją… inne budynki. Niestety rozmazałem zdjęcie fasady, więc muszę odesłać Was do Google Street View. W środku panuje półmrok, acz pasuje on do wystroju, który trochę kojarzy mi się z klimatami motocyklowymi, może niesłusznie. Sympatyczny barman szybko doradzi, co wybrać, nie boi się też powiedzieć, że „Zenkowi nie wyszło”, jeśli licho łypiesz w stronę piwa, które – jako obeznanego w temacie geeka – raczej cię nie zadowoli. Minus znalazłem jeden: dla osób cierpiących, jak ja, na FOMO, ta knajpa jest absolutnie nie do przyjęcia. Zasięg internetu równa się praktycznie 0.

5. Luppolo Station

Zdecydowanie najbardziej gwarna i najprzyjemniejsza pod względem atmosfery knajpa. Ewidentnie stanowi miły punkt spotkań zarówno geeków, jak i normików. Ci pierwsi ucieszą gardło jednym z 20 piw polewanych z kranów (Włochy, Wielka Brytania, Czechy, Belgia), drudzy zaś przekąszą duże co nieco, m.in. apetycznie wyglądające burgery (sam nie jadłem, bo byłem już syty).

Podoba mi się ceglaste wnętrze, które mnie osobiście kojarzy się z restauracjami na krakowskim rynku. Może nie do końca pasuje do niego wielgaśna elektroniczna tablica, niczym z rozkładu jazdy na dworcu PKP, ale przymykam na nią oko.
Propsuję też za kontakt z klientem. Po wizycie menago Luppolo napisał do mnie na FB, pogadaliśmy trochę, powymienialiśmy się uprzejmościami i zaproszeniem do kolejnych wizyt. Takie traktowanie przyjemnie łechce moje blogerskie ego. 😉

**

W tym miejscu stawiam kropkę. Piwa, które degustowałem w Rzymie, omówię w osobnym tekście. Na koniec wyrażę tylko nadzieję, że prędzej niż później będę miał okazję uzupełnić powyższą mapkę o kolejne punkty piwne. Ledwom wrócił, a już serduszko mi ckni za Wiecznym Miastem. To znak, że jest w nim coś wyjątkowego i że na pewno tam wrócę.

Fontanna Neptuna

Tyber nocą

Jerry w olimpijskiej formie

Of Wolf And Man

Forum Romanum

Święty Walenty pozdrawia

Circus Maximus

Palatyn

Łuk Konstantyna Wielkiego

Rome goes on

The post Rzym – puls, jaki lubię first appeared on Jerry Brewery.

]]>
https://jerrybrewery.pl/rzym-puls-jaki-lubie/feed/ 0